Jakoś niewiele miałam ostatnio do napisania. Więcej siedzę w labie, próbuję ugryźć mój projekt z innej strony. Czekam na nowy... "gabinet". Niestety moda biznesowa dotarła na uniwersytety i moje nowe miejsce pracy będzie wyglądało jak call office na Filipinach (określenie Bartka). Niezbyt duży pokój z 27 biurkami oddzielonymi bocznymi ściankami nie jest szczytem moich marzeń. Do tego nie ma w nim ani pół okna. Podobno jest wentylacja, ale nie wiem jak wydajna musiałaby być dla tylu osób. Niby wszyscy przebywać będą głównie poza tym pomieszczeniem, ale mimo wszystko... Nie jestem zachwycona.
Dopiero po przygotowaniu biura będzie mógł zostać wydzielony lab toksynowy.
Poki co miejsce zajmują Huisung i Yill-Joon. Kiedy wchodzę tam raz na jakiś czas zawsze coś mnie zaskakuje. Tak na przykład inzynierowie widzą zastosowanie hooda chemicznego - kabiny z podciśnieniem, gdzie pracuje sie z mało przyjemnymi chemikaliami.
Skoro jest pionowa szklana powierzchnia, to czemu nie narysować na niej schematu?
Inżynierów z większością zabawek wyrzucimy z mojej dawnej części, zamontujemy jakąś fizyczną barierę (właśnie kombinujemy jak to zrobić niewielkim kosztem. Musi być coś, co utrzyma naklejkę "biohazard" i oddzieli przestrzeń w taki sposób, by nikt tam nie wszedł przypadkiem.
Bez labu toksynowego nie mogę pracować z niczym paskudnym, a z rzeczami niepaskudnymi nie mam wiele do roboty.
Z tego właśnie powodu szukam jakiejś opcji do współpracy, żeby dorwać się do jakichś zabawek (czyli instrumentów pomiarowych) i przetestować system na przykład dla bakterii. Nasz sprzęt - mimo zachwaleń Paula - jeszcze nie działa. Ogólnie wykrywa co trzeba, daje radę płynom i moim beadsom, które wcześniej rozbryzgiwał po okolicy, ale daje straszne rozrzuty w analizie ilościowej. I nie ma gwarancji, że łatwo uda się to poprawić. Dlatego potrzebuję jakiegoś fajnego substytutu. (Inna sprawa, że jeśli mam coś opublikować, to potrzebne będą doświadczenia porównawcze.) Umówiłam się na kilka spotkań i próbuję sprawdzić czy moja chemia dała dobre efekty w inny sposób.
Z tego właśnie powodu szukam jakiejś opcji do współpracy, żeby dorwać się do jakichś zabawek (czyli instrumentów pomiarowych) i przetestować system na przykład dla bakterii. Nasz sprzęt - mimo zachwaleń Paula - jeszcze nie działa. Ogólnie wykrywa co trzeba, daje radę płynom i moim beadsom, które wcześniej rozbryzgiwał po okolicy, ale daje straszne rozrzuty w analizie ilościowej. I nie ma gwarancji, że łatwo uda się to poprawić. Dlatego potrzebuję jakiegoś fajnego substytutu. (Inna sprawa, że jeśli mam coś opublikować, to potrzebne będą doświadczenia porównawcze.) Umówiłam się na kilka spotkań i próbuję sprawdzić czy moja chemia dała dobre efekty w inny sposób.
Niestety w pierwszym podejściu poniosłam porażkę. A było tak:
Mieliśmy pewną współpracę z pracującym na innym wydziale Prasoonem. Prasoon był co prawda ciężki w dotrzymywaniu terminów ale jednak z odpowiednim samozaparciem można było coś z nim zrobić. Tyle, że Prasoon dostał właśnie nowego szefa. Napisałam więc do owego szefa maila z prośbą o wyrażenie zgody na kontynuowanie współpracy. Ot, formalność. Profesor był na wyjeździe, ale odpisał, że w tym tygodniu wróci i później porozmawiamy.
Nie porozmawialiśmy. Dostałam kolejnego maila - od Prasoona - że po rozmowie z profesorem doszli do wniosku, ze nie mają czasu, sprzęt jest cały czas zajęty i w ogóle.
Nie było to fajne. Osobiście zastanawiam się, czy nie stało się tak, że profesor obraził się, kiedy zwróciłam się do niego po imieniu. (Tak się tu robi i tak kazał mi Paul - akurat konsultowałam się z nim w tym, konkretnym przypadku - kiedy profesor zwrócił się do mnie po imieniu i podpisał swoim imieniem.) Niby wszystko ok i normalnie tak właśnie tu się robi, ale... profesor jest z Egiptu. A w takich sytuacjach może być różnie. Szczerze mówiąc w takim przypadku na moją niekorzyść mogą działać jeszcze inne czynniki... (np. te dość dobitnie opisane przez cpt. Carter w pierwszym odcinku Stargate Sg-1, czyli posiadanie narządów rozrodczych wewnątrz a nie na zewnątrz).
Tak czy inaczej wyjaśnienie przekazane w ten sposób, bez pytania ile eksperymentów trzeba zrobić po prostu nie jest bardzo racjonalne. No i nie wierzę po prostu, że jednego dnia sumarycznie nie wykroją do lata. Jednorazowa wizyta i sprawdzenie próbek, kiedy system jest ustawiony i działa to może godzina. Wyniki analizujemy sami. W ciągu 4 wizyt po godzinie na każdą powinnam się wyrobić z planowanym eksperymentem To razy Pi daje jeden pełny dzień. (Wg. definicji mojego poprzedniego szefa Pi to współczynnik przez który należy pomnożyć czas jaki z założenia jest potrzebny na dane doświadczenie, aby uzyskać informację na temat realnego czasu pracy. Generalnie się sprawdza.)
Paul po przekazaniu mu wiadomości powiedział "Ok, nie raz już tak bywało, jest na to sposób." Pewnie ma rację.
Równocześnie nawiązałam świetną znajomość z profesorem z biochemii, który co prawda nie będzie mógł mi pomóc, gdyż jego sprzęt nie nadaje się do takiej analizy. Może za to nakieruje mnie do kogoś, kto będzie mógł zrobić coś takiego. Na dwie kolejne dwa maile odpowiedzi jeszcze nie mam, ale te poszły w piątek po południu, więc nie ma co panikować.
Wszyscy pytają, czy nas nie zasypało. Nie, burza śnieżna uderzyła jakieś 10 godzin jazdy stąd. U nas śnieg spadł tydzień temu i właśnie znika. Mróz jeszcze trzyma, ale zapowiada się odwilż.
Za to przy największym mrozie znów mieliśmy lód w mieszkaniu. Jennie wyjaśniła mi, ze w latach 70 popularne były aluminiowe ramy okien i że one tak mają.
To na środku to wytopiona dziura po moim palcu.
Jedno do czego nie mogę wciaż przywyknąć to późne zachody słońca zimą. Czuję się tak, jakby była już wiosna.
Na koniec - humorystycznie. W sklepie pojawiły się pączki. Te same co rok temu, farbowane na żółto z literą "ą" w nazwie. Jennie - bardzo dumna z siebie - przyniosła je do labu oświadczając, że znalazła... pakziki. Chwilę zajęło mi wyjaśnienie jej jak czytać "Ą". Miała z tym problem, ale na przedstawionym jako ciekawostka "Ę" poległa totalnie. Na koniec stwierdziła, że nigdy nie byłaby w stanie opanować polskiego.
Jak widać to, że zamiast "weź" mówiła do Korlat "wesz" nie zrobiło na niej takiego wrażenia.
Do Korlat tak "wesz"? Bulwersujące ;)
OdpowiedzUsuńA Pakziki są cudowne <3