No i dopięłam swego. Pod nieobecność Paula jestem najważniejsza w labie. A że sam Paul powiedział mi kiedyś, że łatwiej o wybaczenie, niż o zgodę na działanie, nie było nad czym się zastanawiać. Niczym PIS zablokowałam chłopakom opcję odwołania się do wyższej instancji i kazałam się im wynosić z wydzielonej części labu. Oczywiście użyłam słów "Proszę", "potrzebuję", "kiedy będziecie mogli" i "dziękuję", ale generalnie wielkiego wyboru im nie dałam.
Dostali porównywalną wielkością przestrzeń w innej części pomieszczenia, więc de facto stracili na tym mniej, niż ja. Ja już naprawde nie mam gdzie teraz siedzieć, bo tam, gdzie będą toksyny siedzieć z komputerem (którego dotykam gołymi rękami i który później przynoszę do domu) nie zamierzam. Zwłaszcza, że miał już miejsce jeden zamach na moje życie w wykonaniu mojej doktorantki. Tym razem (raczej) nic się nie stało, bo pracowała tylko z solą gadolinium, tylko przez moment i przy pracującym wyciągu, ale gdyby to była toksyna, mogłoby nie być tak przyjemnie.
Wszystko sprowadza się do tego, że ambicja bywa bardziej niebezpieczna od sabotażu, zwłaszcza kiedy połączy się ją z brakiem wiedzy i brakiem obycia. Do tego dochodzi dość luzackie podejście do precyzji w stylu:
- Jak odmierzyłaś ilość tweenu? - Pytam, wiedząc, że sprawa nie jest prosta, a nie udzieliłam podpowiedzi, bo nie wiedziałam, że Młoda go potrzebuje.
- A, dałam tak mniej-więcej kroplę.
I beztroska odnośnie trwałości składników:
- Kiedy zrobiłaś ten roztwór mleka? - Pytam, wiedząc, że jest tuz po świętach a Młoda wyjeżdżała na wolne, tymczasem blokowanie, do którego owe mleko jest potrzebne jest teraz kluczowym elementem w reakcji, bo mamy problem z fałszywym wynikiem pozytywnym.
- Jakieś dwa tygodnie temu.
- To jak chcesz go teraz użyć? Przecież to już jest zepsute, wewnątrz masz mnóstwo bakterii, to się nie nadaje!
- To może ja sprawdzę pod mikroskopem, czy są bakterie, bo z tym roztworem jest dużo roboty...
("Dużo roboty z mlekiem" to może 15 minut podczas gdy cały eksperyment, który może niewyjść zajmuje dwa dni)
I tak oto muszę wciąż patrzeć na ręce, wszystko sprawdzać, a później i tak robić jeszcze raz sama. Ja wiem, że to nie jest niezwykłe i że ona się dopiero uczy. Ale z mojej perspektywy jest to problem.
Tak czy inaczej zostały do przestawienia drobiazgi i można jechać z koksem, znaczy z beadsami. Powiem szczerze, pojawiają się wątpliwości i piętrzą komplikacje, dopiero teraz wyraźnie widzę jak wiele rzeczy może się wysypać i nabieram świadomości, że jak się nie uda, to ciężko będzie powiedzieć co się nie udaje. I mam spore obawy czy uda mi się uzyskać w ciągu roku jakieś publikowalne wyniki.
Dziś miałam spotkanie z kolejnym przesympatycznym profesorem, który zgodził się mi pomóc z kolejnym problemem, a nawet zaproponował, że nauczy mnie obsługiwać skaningowy mikroskop elektronowy. (To mnie naprawdę ucieszyło. Aż w pewnym momencie powiedziałam "przepraszam, ale naprawdę nie mogę przestać się uśmiechać".)
Na koniec coś dla psiarzy.
Przepis na psie ciastka z masłem orzechowym:
1 kubek (można przełożyć na szklanki czyli 250 ml) mąki pszennej
1 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 kubka masła orzechowego
1 łyżka stołowa miodu
1/2 kubka gorącej wody
Rozgrzać piekarnik do 375 stopni (tak, tak... 190C)
Zmieszać proszek do pieczenia z mąką.
W osobnej misce połączyć masło orzechowe z gorąca wodą i miodem, dokłądnie rozmieszać. Stopniowo dodawać mąkę z proszkiem do pieczenia mieszając.
Rozwałkować ciasto na 1/4 cala grubości - niech będzie pół centymetra, choć ja robię jeszcze cieńsze i wyciąć foremką ciasteczka. Piec 20 minut aż lekko zbrązowieją.
Uwaga: Ciasteczka zawierają proszek do pieczenia, który alkalizuje mocz. Nie podawać więcej niż dwa ciacha dziennie w dłuższym odstępie czasu.
I jeszcze jeden wynalazek, tym razem z Kanady. Namówiła nas Jennie, stwierdziliśmy, ze koszt stosunkowo niewielki, więc co nam zależy: Krem... do psich łap.
Kanadyjczycy stosują go, by zapobiec powstawaniu brył lodu między poduszkami na łapach. Jest to niestety problem dość powszechny, mocno utrudnia chodzenie, a zatrzymywanie się co chwilę na wybieranie lodu trochę psuje frajdę z długiego spaceru. Przetestowaliśmy zatem kremik i... działa.
Lodu zbiera się dużo mniej, a jak już się zbierze, to łatwo się go usuwa.
Na moje farmaceutycznie skażone oko większość kremu to wazelina, choć zapewne są tam i inne składniki.
Według opisu zabezpiecza przez podrażnieniem od soli, formowaniem się brył lodu, gorącem i odstrasza gryzące owady. Stosowany regularnie ma zmiękczać poduchy, zapobiegać przesuszeniu i łamaniu się pazurów... No dobra. producenta chyba poniosło.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz