środa, 3 lutego 2016

Ale jak to: bez mięsa...

Znów nie mam czasu na pisanie. Znaczy: jest lepiej, zamiast terminów zaliczenia rozdziałów i zadań 3 razy w tygodniu, mam tylko dwa (za to w niedziele dwa przedmioty, i żadnego łatwego, jak to było poprzednio z Excelem), ale za to od wtorku do soboty w zasadzie nie mam nic obowiązkowego i mogę spokojnie sobie czytać rozdziały z książek. Przynajmniej tyle odpadło, bo poprzednie terminy niedziela x2 - poniedziałek - czwartek nie dawały w ogóle żadnego czasu na odpoczynek. A tak we wtorek mogę poudawać że nic nie robię, a potem bez nerwówki zdążyć. Nie znaczy to, że jest luźno; ostatnio znów siedziałem do północy, bo sobie źle czas rozplanowałem.

Tymczasem na robotach, wbrew oczekiwaniom kobiety, z którą pracuję (i w tym tygodniu zastępuję na urlopie) twierdzącej iż muszę się jeszcze wiele nauczyć, pojechałem z bratnią pomocą do sąsiednich marketów. Jak się po drodze dowiedziałem od sklepowego Bułgara, Pavla (bo Pawłem go nazywać jakoś nie pasuje), cała ta psia pogoń za własnym ogonem i sprzątanie sklepów jest związane ze spotkaniem menedżerskiej wierchuszki w tym roku w Indianapolis, w lutym. Wszystkie sklepy w zasięgu poniżej godziny jazdy są więc zagrożone niezapowiedzianą inspekcją, i szefowie tychże stają na głowie, przez kilka miesięcy ściągając do pomocy pracowników z dalszych rejonów, do sprzątania i odświeżania wszystkiego. W sumie - więcej obijania się niż faktycznej pracy, a jak praca już jest, to w sumie lekka. Płacą za godziny, a poza tym ryczałt za dojazd - więc parę razy mi się udało wkręcić i dorobić do podstawy. Niby mam pełny etat, ale kasy jakoś niespecjalnie dużo zważywszy jakieś normalne życie, więc chociaż tyle na plus. Po drodze opowiedziałem Pavlowi historyjke o tym, jak to marynarka radziecka malowała na Krymie skały na szaro; analogia może nie bezpośrednia, ale dobra. A Valerie (czyli mojej niby-szefowej) nie podoba się, bo chce żebym pracował na jej podwórku; tyle że moja nauka tam często wygląda tak, że dostaję najbardziej nudną i żmudną robotę - jak np. skanowanie do zwrotu 300 buteleczek lakieru do paznokci i szminek - przy której oczywiście nie uczę się nic nowego. A potem człowiek trafia na takie znalezisko wrzucone do kubła z artykułami sportowymi i głupieje.


.45 ACP, jakby kogoś interesowało, garść. Procedura: zanieść do gościa, który odpowiada za różne sprawy bezpieczeństwa w sklepie (znaczy głównie zabezpieczenia towaru), a on musi zgłosić policji i im oddać.

A tymczasem na sesjach wyjazdowych zdołałem wzbudzić sensację na stoisku z ciepłym żarciem. Raz wziąłem jakiegoś kuraka, ale odkryłem panierowane paluszki serowe, więc przez kolejne dwa dni jadłem je jako danie główne. Za pierwszym razem usłyszałem właśnie "ale jak to, bez mięsa?!", bo kto to widział jeść lunch oparty na serze. Za drugim było jeszcze lepiej, bo jakieś nowe dziewczę nie wiedziało, jak mnie ma skasować, skoro cena zakłada mięsko z dwoma dodatkami na tacce, a ja chcę "same" dodatki; aż pobiegła dopytywać koleżanek, co ma z takim fantem zrobić. A potem się dziwią, że mają najgrubsze społeczeństwo świata; a jak mają mieć inaczej, skoro tak wygląda zestaw "sałatek".


Makaron z dodatkami, pływający w majonezie - sałatka. Wszystko pływa w majonezie. Kurczak z makaronem - sałatka. Makaron z zółtym serem - sałatka! Nie powiem, złe to nie jest - tahitańska czy waldorf składa się przynajmniej w większości z owoców, nie makaronu czy kurczaka...

Z dziedziny wynalazczości pracowników Walmartu: półka końcowa. Chyba zabrakło. Nie wiem tylko, jak się na bezpieczeństwo i dopuszczalność będą zapatrywać menedżerowie w razie ewentualnej wizyty.


Z dziedziny "czego to ludzie nie wymyślą" albo raczej jeśli czegoś nie wymyślili wcześniej, to z pewnością mają to w Ameryce - plażowe naklejki i bransoletki sygnalizujące nadmiar UV. Ja wiem, że to gadżety, które na dodatek w normalnych warunkach są w zasadzie zbędne - albo i tak zostaną zignorowane - ale mnie takie drobiazgi po prostu bawią.


Zdjęć w sumie z bieżącego życia po tej stronie kałuży można byłoby wrzucić więcej, bo co rusz się coś trafia. To jeszcze jedno.


Już na wyprzedaży, bo przecież film był i kto miał zobaczyć (i wydać z tej okazji pieniądze) to już to zrobił. Jakby ktoś nie widział dokładnie - końcówki prysznica...

Wracam do książek. Na dziś - podatek dochodowy albo aplikacje księgowe. Chyba toi drugie, bo mniej angażujące, a jakby nie patrzeć dziś wstałem o 3:40, znaczy na roboty na 5am.
Swoją drogą podatki to tu mają ciekawie skonstruowane. Niby jest kupa biednych ludzi, w czasach niedawnych bo sprzed kilku lat - wprowadzenia obowiązkowego ubezpieczenia zdrowotnego, tzw. Obamacare - rachunki za szpital były pierwszym najczęstszym powodem bankructw osób fizycznych, ale jednak od najmniej zarabiających pochodzi tu ok. 3% podatków wpływających do kasy federalnej. Dla porównania - kilka procent najbogatszych pompuje budżet prawie 40% wartości podatków. Kwota wolna od podatku dla obywatela (czyli nie dla mnie) to $10300 rocznie, a to całkiem sporo - na najniższych stanowiskach po $7.25 - ustawowego minimum - i części etatu ludzie bywa tyle nie zarobią. Dodatkowo współmałżonek ma kolejne $4000 odpisu, tyle samo każde dziecko. Podstawowa stawka podatku natomiast to 10%.
Zabawne natomiast jest określenie w przepisach, że podatki płaci się od wszelkich dochodów, chyba że są osobno i specjalnie wymienione jako zwolnione. W tym podatki płaci się - wyraźnie wypisane - od dochodów ze źródeł nielegalnych. Mnie się stwierdzenie spodobało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz