Na początek "kanapka". Sałatek w fastfoodzie nie mieli, tylko kanapki z mięchem. Albo jeden rodzaj wegetariańskiej - bez.
Kanapki oczywiście były w słodkim pieczywie (słodzonym zgadnijcie czym) - więc dla mnie niejadalne. Na szczęście dowiedziałam się, że mogę dostać bez pieczywa...
Kiedy już ją dostałam, nie byłam pewna czy wciąż można mówić o szczęściu.
W niedzielę tydzień temu zabraliśmy Korlat na spacer do kolejnego ze stanowych parków. Spacer był krótki, ale nie chcieliśmy ryzykować, że psisko nadwyręży mięśnie. Na początek krótka i równa trasa, ale doszliśmy do wniosku, że trzeba obejść ten park zanim zrobi się ciepło i wilgotno. Mamy czas gdzieś do maja.
A to już środowa wyprzedaż, zysk idzie na jakieś cele dobroczynne. I teraz takie lekki zaskoczenie: Stół pełen domowych wypieków, a na środku stoi kubek, do którego każdy biorący ciacho wrzuca kasę - ile uzna.
I tak myślę, że nawet nie to jest dziwne, że ktoś weźmie ciacho i nie zapłaci, ale że nikt tego kubka z pieniędzmi nie zwinął...
Kolejna fotka, za zgodą Jennie. Otóż kiedy dzwoniła do innego labu palec z 6 przesunął się jej na 9... Następne były dwie jedynki. Siedziałam obok i słyszałam, że Jennie wyjaśnia komuś, ze to pomyłka, ale zaraz później przedstawia się, nawet literuje swoje nazwisko. Jakoś nie zwróciłam uwagi... aż do chwili (jakies 7 minut później), kiedy do naszego labu przyszedł policjant.
Po odebraniu telefonu na numer alarmowy po prostu musiał sprawdzić osobiście czy wszystko jest w porządku.
Jak już przyszedł, to zrobiliśmy mu fotkę.
W środę miałam kolejne spotkanie, tym razem z profesorem zajmującym się białkami, z którego pomocy chciałam skorzystać. No cóż... Pomógł mi tak, że chyba nie chcę już jego pomocy. (Pomiar zbyt skomplikowany i czasochłonny). Ale - po raz pierwszy w West Lafayette zaszłam na
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz