piątek, 19 lutego 2016

W końcu chwila na pisanie


Ostatnie tygodnie były dość zajęte. A może tylko mi się wydawało. Tak czy inaczej czułam się naprawdę zmęczona. 
Sporo czasu zeszło mi na organizację labu do dalszej pracy. Przekopałam się przez mnóstwo papierów dotyczących bezpieczeństwa pracy z wrednymi substancjami, metod inaktywacji czy pierwszej pomocy. Spisałam procedury, zamówiłam mnóstwo drobiazgów, w tym nowe szkło, gdyż do niektórych technik badawczych butelki nie mogą być myte płynami do zmywania naczyń, czy nawet w wodzie z kranu... A w takiej sytuacji jedno prowadzi do drugiego: nowe szkło, nowy (osobny) wieszak do jego suszenia. A to jeszcze nowe zlewki, cylindry miarowe... o niczym nie zapomniałam? 

Jennie wykombinowała i zamontowała oddzielającą moje królestwo od reszty labu zasłonę. O przemeblowaniu, opisywaniu wszystkiego i pakowaniu na półki nie ma co pisać. 
Teraz mój kącik wygląda mniej-więcej tak. 






Zielony fartuszek nie ma prawa opuścić pomieszczenia inaczej, niż w czerwonym worku - prosto do autoklawu albo i do spalenia, zależy czym się będziemy bawić, a do czerwonego worka trafia za każdym razem po zdjęciu. 
Reszta nowego wdzianka - pod kolor fartuszka: 


Choć tak po prawdzie, to kolor fartuszka został dobrany do reszty. To już zasługa Jennnie. 

Wczoraj testowałam procedury. Zaczęłam od tego co najłagodniejsze i spróbowałam wykonać doświadczenie. Sama. Póki co lab nie jest gotowy, by mógł w nim rozrabiać ktoś inny. 
Efekt był zgodny z przewidywaniami: brakuje mi w tej części labu mnóstwa rzeczy. Niektórych niezbędnych nie ma w zasięgu rąk, inne są w ogóle daleko - za zasłoną. Przez to wszystko czasu zeszło co nie miara. Rękawiczek również. (Co wyjmowałam ręce z pod hooda, musiałam wyrzucić rękawiczki.) Ale następny raz powinien być już łatwiejszy. 
Aha, doświadczenie... Nic z niego nie wyszło. Ale to akurat ani dziwne ani niespodziewane nie było. 
Za to pierwszy raz zobaczyłam w akcji mikroskop elektronowy.


 
Te kuleczki to moje beadsy. A to pomiędzy nimi - kryształy soli. 

W sumie sporo się dzieje i jest nam tu naprawdę fajnie, ale mimo to na popprzedni weekend postanowiłam się gdzieś wyrwać. Poszłam więc na piwo ze znajomymi,


na spacer na zamek i ulepiłam z mamą bałwana. 








Mój mąż ładnie to podsumował słowami "tyle zachodu, żeby walentynki spędzić 5000 mil od męża". Faktycznie, trochę kombinacji było. A wszystko po to, żeby zrobić rodzicom niespodziankę. 
Poleciałam przez Monachium do Krakowa. Z Krakowa pierwotnie miałam jechać autobusem, ale na moje szczęście brak akurat był w Sączu ze względu na dyżur w GOPRze. 
Pożyczył auto od rodziców pod pretekstem odebrania w Krakowie... przesyłki z USA. Nie skłamał, faktycznie miałam coś dla niego. 
Ja sama do Krakowa dotarłam przed siedemnastą, na Kazimierz prawie idealnie na osiemnastą. Żal było tylko, że Przemek nie mógł polecieć ze mną. 
Trzy godziny w knajpie zleciały błyskawicznie. Było super. Ale ten wieczór dopiero się zaczynał. Kiedy wrócilismy z Maćkiem, rodzice szli już spać. Mama spytała tylko z sypialni, czy odebrał przesyłkę, a my odpowiedzieliśmy, że tak. Oj, było wesoło. Wiedziałam, że ich zaskoczę, ale nie że aż tak. Sobota, niedziela i poniedziałek przeleciały błyskawicznie, ale było warto się ruszyć. 
Z rzeczy zaskakujących: przeżyłam szok kulturowy. Wysiadłam z samolotu, zobaczyłam ludzi więc się do nich uśmiechnęłam. A oni nic. W Krakowie powietrze było czyste. ale w drodze od galerii krakowskiej na przystanek spotkałam cztery osoby z papierosami. To było paskudne. Za to miasto... Tu nawet kable nad torami tramwajowymi powieszone są w uporządkowany sposób! Nigdy jeszcze choćby i ten kawałek miasta tak bardzo i się nie podobał. 
A w środę byłam już z powrotem w pracy. Na szczęście jetlag całkowicie mnie tym razem ominął. Za radą Paula po prostu zoptymalizowałam czas spania w samolocie i udało mi się wskoczyć ze spaniem we właściwe pory. 

W czwartek Huisung miał obronę doktoratu. Akurat kiedy się bronił ja siedziałam u Chrisa przy mikroskopie elektronowym, ale słyszałam, że obrona była rewelacyjna. Później poszliśmy na poobronno - pożegnalną imprezę. Jutro Huisung leci do Korei. 


Od lewej: Euiwon, Huisung i Paul

    

A tu dowód, że amerykańskie jedzenie potrafi ładnie wyglądać. Porcja Josha, Jennie i moja. 
(Nie, nie powinnam jeść ryby, na rybę też jestem uczulona, ale doszłam do wniosku, że jedzenie niepełnych dań, czasami mocno wybrakowanych i zubożonych w smaku, aby później odkryć, że np. były przyrządzone na tej samej desce do krojenia lub tym samym nożem, co coś, czego jeść nie mogę, w związku z czym cierpię jedząc i później odchorowując nudne jedzenie nie ma sensu. Jeśli i tak mam się męczyć, to niech chociaż będzie po temu powód. Dlatego wczoraj zamówiłam danie jedynie zubożone o ser pleśniowy - swobodne podejście do alergii mimo wszystko powinno mieć swoje granice. Posiłek doprawiłam za to trzema tabletkami loratadyny.) 



















1 komentarz:

  1. jakby to kogoś interesowało, to mój talerz zawierał hamburgera w... panierce. sic! cała buła z mielonym w środku była panierowana i smażona. czasem trzeba zaszaleć, żeby wiedzieć do czego są zdolni kucharze

    OdpowiedzUsuń