niedziela, 28 lutego 2016

Chicago

Tak naprawdę, pierwszy raz wybraliśmy się z zamiarem zobaczenia czegoś w Chicago. 
No ok, pierwszym celem była wizyta u weta - na oględziny bardziej, niż na leczenie. Korlat póki co dobrze reaguje na tylozynę.  Za to my nie chcieliśmy dać odczuć jedynemu wetowi do którego mamy zaufanie, że go olewamy. Umówiliśmy się na 9, więc pobudka była wcześnie.
Z trasy tam wrzucam tylko jedną fotkę:


                              

Polowaliśmy na tą tablicę, żeby zrobić fotkę, już kilka razy, ale na tak długiej i prostej trasie ciężko zapamiętać gdzie ona stoi, 
Inne w stylu "Istnieje życie po śmierci, chcesz poznać prawdę, zadzwoń..." dopełniają obrazu. Komentować tego nie będę bo wciąż sama tego nie ogarniam. 

Zaliczyliśmy więc krótka wizytę u weta a później wybraliśmy się zobaczyć coś innego niż zaniedbane przedmieścia i obwodnice, z którymi do tej pory kojarzyło się nam Chicago.  

Miasto ma swoje uroki. Przy tym ogromie i wysokich budynkach musi robić wrażenie. Niestety z dużym limitem czasowym (nasz student ma kolejne zaliczenia na półmetek semestru) i psem przy nodze nie wszystkie miejsca były dla nas dostępne. 

Szukając miejsc opisanych jako "dog friendly" i blisko jeziora znalazłam kilka parków. Jak okazało się na miejscu - szerokich betonowych alejek z trawą, nielicznymi krzakami i pojedynczymi drzewami pomiędzy. 


            

Zahaczyliśmy też o Chicagowską "fasolkę".




Było to zdecydowanie coś nowego.

Jadąc przez Chicago zastanawiałam się jak to jest możliwe, że nie ma tam wypadków. Jest mnóstwo pasów na mnóstwie obwodnic - to dobrze. Jazda jest podobna jak w Małopolsce: wszyscy jadą znacznie szybciej niż nakazują znaki - to jako normalne jeszcze byłoby ok. Tylko, że tutejsi nie używają kierunkowskazów (pewnie by nie zdradzać swoich zamiarów, żeby nikt nie mógł ich ubiec), a linie na drodze traktują jako luźne wskazówki. Czyli jest tak: wjeżdżamy z obwodnicy lokalnej na expresową, cały czas trzymamy się jednego pasa, wydaje się, że powinniśmy mieć gdzie wjechać, skoro pas ciągnie się dalej, a jednocześnie jakoś musimy się wcisnąć pomiędzy samochody, które nie wiadomo skąd się wzięły, znajdują się zawsze za blisko i poruszają w nieprzewidywalny sposób. To nie jest tak, że ktoś w pewnym momencie zajeżdża drogę. To jest stan permanentny i tak oczywisty, że wręcz trudno to nazwać zajechaniem drogi. 
Ponieważ wszyscy jadą szybko, to kiedy ruch zrobi się większy, zmiana pasa w ostatniej chwili bywa trudna. I nagle mimo jasnego planu można ominąć zjazd jeśli nie zauważy się do z wyprzedzeniem. 
Takich co prawie ów zjazd omijają też zawsze się kilku znajdzie, więc trzeba liczyć się z tym, że nagle bez wyraźnego powodu wszyscy zaczynają gwałtownie hamować... bo ktoś jednak chciał jechać gdzieś indziej, niż mu się wcześniej wydawało.  

No i do tego te rozjazdy: 


\


Wjeżdża się na wprost a co się stanie dalej, to jedynie chyba Jego Makaronowatość wie. 
No bo niby da się przewidzieć w którym kierunku dany zjazd ma ostatecznie wyprowadzić. Ale w jaki sposób tego dokona to oddzielna historia. 




Na szczęście wszystko jest opisane i można się odnaleźć. (Jak już wie się jak i czego szukać.) 






O 15 byliśmy już w domu, Student poszedł się uczyć, a ja odpoczywać. 
Dziś pracujemy obydwoje. 






1 komentarz:

  1. no, powiedzmy że z tą jazdą nie jest tak źle. jak w Warszawce, tylko spokojniej - część ludzi faktycznie jeździ bez kierunków, a problemy z pasami wynikają dla nas głównie chyba z tego, że do nich nie nawykliśmy. pasy są oznaczane i jedzie się po nich płynnie: ze 2 mile wcześniej zaczynają się tablice który pas gdzie pojedzie, potem drogi się rozchodzą (mniej więcej). tylko czasami jest tak jak w Polsce, gdzie nagle zaczyna się jakiś pas do skrętu. problematyczna jest tylko jazda z wieloma zmianami kierunku na zatłoczonej drodze, czyli właśnie jak nasze wycieczki po centrum Jackowa

    OdpowiedzUsuń