W sklepach skończyło się szaleństwo premiery nowych Star Warsów, w związku z czym pozostałości zapasów nie wykupionych przez klientów w szale dawania pieniędzy Lucasowi trafiają na wyprzedaże. Jak wyżej.
Tymczasem my wystawiliśmy na sprzedaż Toyotę, ale że nie jest w promocji - chętni są nie bardzo jakby. Oglądał jeden Koreańczyk, miał się odezwać, ale milczy. Poza kilkoma idiotycznymi sms-ami z propozycjami ceny zwanymi tutaj "niską piłką" (np. czy sprzedam za ... tu pada niedorzeczna kwota; odpisuję iż owszem, jak dorzuci resztę ceny z ogłoszenia), zgłosił się jeszcze na oglądanie jeden Chińczyk. Jakbym wiedział, że to ta nacja, to chyba nie byłbym tak chętny na jazdę testową... O tym, że nie potrafi jeździć (mimo pokazanego prawka z NY) przekonałem się na pierwszych 200 stopach, znaczy zanim wyjechał z osiedla; potem było już tylko gorzej - dwa wymuszenia pierwszeństwa na okrążeniu osiedla długości mili, poza tym kilka innych działań typu jazda przy samym krawężniku albo środkiem drogi, skrzyżowania brane drugim pasem. A Bartek ostrzegał, że ci studenci nie potrafią jeździć; problem w tym, że jeszcze trzeba ich rozróżniać, a z tym u mnie jest gorzej. Poprzedni Koreańczyk radził sobie lepiej. Cóż, najwyżej będę jeszcze przez jakiś czas jeździł tą białą paskudą.
Koleżanka z roboty pozwoliła sobie zrobić fotę na bloga. Treść napisu na bluzie, którą dostała (chyba od kolegów, w dodatku do zasłużonego awansu) w swobodnym tłumaczeniu mówi, że jest zastępcą kierownika nocnej zmiany tylko dlatego, iż pełnoetatowy wielozadaniowy nindża nie jest w zasadzie nazwą stanowiska pracy. Niby obiecałem jej adres bloga, ale uznała że pisany po polsku raczej niewiele jej da radości z lektury. Dziwna jakaś, a my po angielsku musimy jechać.
Tak natomiast jest, jak już wracam do domu - nasza alejka spacerowa (psia, znaczy).
Dalej w pętelce mamy po sąsiedzku remizę strażacką.
Nie doczytałem jeszcze co ta figurka dalmatyńczyka robi u fajermanów, ale wiatr akurat był tak silny i lodowaty tego dnia, że oczy mi wypływały i przymarzały do policzków. Bo mieliśmy zimę, znaczy jakiś tydzień temu. Śnieg czyli zima pełnowymiarowa była w ubiegły weekend - przez dwa dni. Teraz jest już tylko mróz i wiatr (z powrotem).
Dziś, w niedzielę, byliśmy znowu w Jackowie. Znaczy po kroplówki dla Korlat. Będziemy próbować przysłanego poprzednio antybiotyku i niestety może być potrzebne dodatkowe dostarczanie płynów, a u polskiego weta dostaliśmy je raz, że bez protestów a dwa - po $4 zamiast po $26 jak u tutejszego weta.
Przy okazji, żeby nie robić pustych przebiegów zorganizowaliśmy wyjazd tak, żeby załapać się na manifestację KOD-u pod konsulatem.
Przy okazji, żeby nie robić pustych przebiegów zorganizowaliśmy wyjazd tak, żeby załapać się na manifestację KOD-u pod konsulatem.
Było jeszcze zimniej (-18C), wietrznie i trochę ciasno, bo na chodniku jeszcze przed nami zdążyli się ustawić zwolennicy Jarka. Zaczęło się od próby przepychania się do nas jakiegoś lokalnego karka z drągiem, pod pretekstem flagi znaczy, ale bliższym kontaktom błyskawicznie zapobiegła lokalna policja. Stojąc plecami do nas, a frontem (liczebnie rosnącym, w miarę upływu czasu) do usiłujących się konfrontować zwolenników Gazety Polskiej, chyba dość wyraźnie mundurowi dawali do zrozumienia, z czyjej strony ewentualnie spodziewają się zagrożenia porządku publicznego. (Albo demonstrowali po naszej stronie.)
Pomachaliśmy trochę flagami i proporczykami, jak również tabliczkami z
hasłami, pokrzyczeliśmy mało, pośpiewaliśmy jeszcze mniej - np. obie
strony niemal jednocześnie hymn - i tyle było imprezy. Poza zamarzaniem,
rzecz jasna.
(zielona kurtka w prawym górnym rogu)
Po drodze do domu Ewa zdążyła doczytać, że Gazeta Polska w Czikago zdążyła się już pochwalić sukcesem swojej demonstracji, aczkolwiek na relację przyjdzie poczekać tydzień.
Ciekawe, bo biorąc pod uwagę iż grupy były mniej więcej równe liczebnie, a przy tym 9 na 10 aktywnych wyborców z Jackowa głosuje zacięcie na PiS, to prosta matematyka mówi, że coś nie bardzo z tą skutecznością. Chyba, że sam fakt pojawienia się kontr-demonstracji sobie zaliczają.
Ciekawe, bo biorąc pod uwagę iż grupy były mniej więcej równe liczebnie, a przy tym 9 na 10 aktywnych wyborców z Jackowa głosuje zacięcie na PiS, to prosta matematyka mówi, że coś nie bardzo z tą skutecznością. Chyba, że sam fakt pojawienia się kontr-demonstracji sobie zaliczają.
(Update by Ewa: pojawiło się jedynie krótkie nagranie na youtube, gdzie doliczono się 20 demonstrujących po stronie KODu, zamieszczono też kilka zabawnych wypowiedzi uczestników kontrmanifestacji. Tu jeszcze opis z lokalnego źródła, jakiś taki bardziej zgodny z prawdą, choć tylko na naszej części się skupił. Opis demonstracji KOD w Chicago )
Po pokrzyczeniu i wymarznięciu przez godzinę, pojechaliśmy do domu (z nielicznymi przystankami: u rodziców Jennie - po kroplówki, które z lecznicy odebrała dla nas jej mama i po zakupy).
Jeden z przystanków zaowocował zakupami spożywczymi, więc dla uciechy się pochwalimy - bo poszliśmy wprawdzie szukać masy makowej w polskiej alejce w markecie, ale jakoś tak na przeciwko była hinduska, tak zaraz obok, a poza tym po drugiej stronie stojaka koszerna, a nie wiedzieć czemu - produkty polskie są przemieszane - również językowo - z naszymi wschodnimi, nielubianymi sąsiadami. Tuszonka mnie rozbawiła, a kaszę perłową kupiłem z przyjemnością.
Więcej nowości nie ma. Jakby coś, to zacząłem się uczyć, więc ode mnie nie macie co oczekiwać na wiele więcej w najbliższych tygodniach.










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz