czwartek, 22 października 2015

Wróciło lato, Korlackie badania w pracy, "Pani mówi po polsku?", niekupiony samochód i nowa kanapka

Jet stream przeszedł nad nami dwa razy: Pierwszy - obejmując nas północnym chłodem nad Kanady i drugi - przywracając temperatury do stanu poprzedniego.
Wczorajszy wieczorny spacer znów zrobiliśmy na letnio, dziś wracając z pracy mijałam biegaczki w szortach, i sportowych bluzeczkach ciut tylko dłuższych od staników. Wieczory są dość ciepłe i przyjemne. Czuć, że to nie lato, ale żeby było chłodno, nie powiem.

Po odstawieniu leków, zrobiliśmy Korlat komplet badań w przychodni. Pani dr nie znalazła w moczu nic niepokojącego, ale wysłała próbkę do dalszych testów, zrobiliśmy również badanie krwi.
Co wyszło? Wyszło, że wszystko jest dobrze. Nawet wątroba wróciła do stanu normalnego. To niemal zakakujące. Nie spodziewałam się takiej poprawy tak szybko.  Super: pies jest w lepszej kondycji, a my mamy wyniki badań. Teraz trzeba pół roku odczekać i można będzie wykluczyć choroby wątroby z wykluczonych w refundacji przez ubezpieczyciela.
Jeszcze zanim przyszły wyniki ja sama nie do końca wierząc, że wszystko jest ok - przecież dzień wcześniej Korlat sikała na różowo - zabrałam próbkę do pracy. I sama byłam zaskoczona. Na tyle na ile mogłam sprawdzić, wszystko gra! Bakterie pojedyncze, krwinki pojedyncze (więc mamy znaczącą poprawę), kryształów brak.
No więc co jest?

No tak, nie chciało mi się wkuwać antybiotyków na studiach. No bo i po co. Dysponowanie antybiotykami zarezerwowane jest dla lekarzy. (Jak dla mnie i tu należałoby tę możliwość ograniczyć: badania wykazały, że zaledwie 1/2 przepisywanych pacjentom antybiotyków jest przepisana zasadnie: często dostają je pacjenci z chorobami wirusowymi, a w innych przypadkach zapisany antybiotyk nie działa.  W 1/3 przypadków, kiedy pacjent nie dostaje antybiotyku - powinien.) Tak więc po co ma sobie przyszły farmaceuta głowę antybiotykami zawracać? O tyleż przyjemniejsza była neuropsychofarmakologia! Czytywałam publikacje przed zaśnięciem - dla przyjemności. No i teraz mam. Niby wiedziałam, że sulfonamidy* są nefrotoksyczne. Ale przecież wyniki badań, które mogły świadczyć o uszkodzeniu nerek były piękne! Spodziewałam się toksyczności na poziomie komórkowym, że jeśli nerki maja problem, to badanie krwi zaraz to wykaże. (Z resztą tak samo myślały wetki.) Dlatego za pierwszym razem, kiedy Korlat brała ten lek jeszcze w lecie, obstawiliśmy, że to pęcherz jest chory. Ot, wredny zbieg okoliczności. Nawet byłam zła, że odstawiliśmy lek na biegunkę. Ale za drugim razem zależność stała się zbyt oczywista. No ale jak u diabła ten lek ma uszkadzać pęcherz??

Jest tak: Pod wpływem sulfonamidów w moczu tworzą się niekiedy kryształki. Te kryształki nie muszą być duże, ale są wystarczające, by uszkodzić... nerki. Nic dziwnego, że na początku badanie krwi nic nie wykazuje. Pacjent sika na czerwono i odczuwa silny ból, a jego nerki są stopniowo uszkadzane mechanicznie. Na tyle poważnie, że z czasem może dojść nawet  do ostrej niewydolności. A to byłoby już bardzo źle.
Tak więc ditrivet wraca do szuflady.
Polskie wetki rozłożyły ręce: Bo jak nie ditrivet to co? A przecież nie da się psa przez telefon leczyć cały czas. Dostałam namiar na polskiego weta w... Chicago. Rany, nie sądziłam, że przed upływem roku będę szukać pomocy specyficznie u Polaka. Ale wet kończył studia w Lublinie, pracował tam przez 5 lat... Pewnie potrafi jeszcze myśleć poza schematem.

Dziś zadzwoniłam umówić nas na wizytę. Wypytałam o wszystko, pani pyta o nazwisko. Podałam jak się mówi, przeliterowałam, a pani na to "pani mówi po polsku"? Potrzebowałam kilka sekund, żeby podać po polsku swój numer telefonu.

Na koniec napiszę o kolejnym samochodzie, którego nie kupiliśmy (jeszcze).
Znalazłam coś, co mi się spodobało. Super wersja wyposażeniowa, świetny stan - ktoś musiał kochać ten samochodzik. Przebieg bardzo duży, ale wszystko sprawne, wszystko pięknie chodzi... z wyjątkiem dziwnego grzechotania po zmianie biegu. Podpytaliśmy znajomych i mamy trafienie (Brawo Malutki!). Wcześniej autko oglądnęli meksykańscy mechanicy (super sympatyczni goscie, nie wzięli ani centa, diagnoza była chyba podobna, ale powiedzieli wprost, że bez rozebrania auta nie powiedzą na pewno. Pierwszego dnia w komisie powiedzieliśmy, ze weźmiemy auto, jesli to coś naprawią. Następnego dnia zadzwonili, że jest zrobione. Nie było. Wymienili jakiś drobiazg mając nadzieję, ze to to brzęczy. Pojechaliśmy na test i wróciliśmy zawiedzeni. Wyczekaliśmy się 30 minut na mechanika i zmusiliśmy go, żeby się z nami przejechał. Przyznał rację, powiedział, że faktycznie i że naprawią. Miało być dziś na 17:40. Zgadnijcie... znów nie było. W ciągu 3 dni byliśmy tam już 4 razy (na szczęście niedaleko). Szef chciał zapewnienia, że my naprawdę chcemy to auto. Wnioskujemy, że gdyby nie było pewności, próbowaliby je wcisnąć jakiemuś frajerowi. Ale póki co wygląda, że wzięli cios na klatę: skoro napisali, ze auto jest sprawne, to chcą je naprawić. Jeśli właściciel zatrudnia mechanika, to zapewne naprawa będzie go kosztować mniej, niż kosztowałoby nas... Może faktycznie zrobią? No nic. Pożyjemy, zobaczymy.

Na koniec kilka fotek.
Nasza złota jesień





I nowa kanapka ;)





*Dla wtajemniczonych: Tak, pamiętam, sulfonamidy to nie antybiotyki, zalicza się je do chemioterapeutyków, ale zanim mi komentarz na blogu walniecie, że totalnie nic ze studiów nie pamiętam, weźcie pod uwagę, że blog nie jest specjalistyczny. A dla niewtajemniczonych chemioterapeutyk to lek na raka...

2 komentarze:

  1. Dobra, z całego wpisu zrozumiałem coś o pogodzie i to na koniec o samochodzie. Tą część o leczeniu mogłabyś napisać po chińsku, czy arabsku i też byłoby ok ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Co do sulfonamidów to sprawa też nie jest taka prosta. przynajmniej część osób zajmujących się antybiotykami zalicza je do antybiotyków. Niby nie sa naturalne, ale nie widzę do końca czemu by ich nie grupować razem (ale może za mało uważałem na chemii leków).

    OdpowiedzUsuń