sobota, 3 października 2015

Po wakacjach - uzupełnienie z Yosemite.

O Kanionie napisałam całkiem sporo, dlatego teraz będzie jeszcze o tym co było dalej. 
Na początek - knajpa, w której zatrzymaliśmy się po opuszczeniu pustyni Mojave. 
Pełna dekoracji ze starych filmów, z kelnerkami w zielonych fartuszkach, zdjęciami aktorów... I gigantycznymi porcjami jedzenia. 






Wystrój robił naprawdę spore wrażenie a jedzenie było niezłe. Tylko porcje straszliwie amerykańskie.  Nie daliśmy im rady.
Dopisek współautora: mów za siebie, ja tam nie miałem problemu...


Teraz, z perspektywy czasu wiemy już, że wróciliśmy zdrowi.
W zachodnich stanach zdarzyły się w tym roku zakażenia... dżumą. O rozprzestrzenianie bakterii obwiniane głównie wiewiórki i inne gryzonie, które mogą roznosić pchły.
Tegoroczne zalecenie dla na stronie Yosemite obejmuje poza unikaniem kontakty z gryzoniami, używanie repelentów, oraz wkładanie spodni do skarpetek kiedy tylko to możliwe. Nie zauważyliśmy żeby ktoś się szczególnie przejął. My sami nie posunęliśmy się do wkładania spodni do skarpetek, ale mieliśmy pełne buty i przed każdym wyjściem pryskaliśmy się Deetem. Tymczasem na punktach widokowych można było spotkać ludzi w klapkach, a niektórzy nawet zachęcali wiewiórki do podchodzenia, choć i w tym temacie zalecenie parku jest jednoznaczne: pomóż zwierzakom pozostać dzikimi.



No cóż, może ktoś załapie się na nagrodę Darwina: ja tak czysto teoretycznie nominowałabym dziewczynę w widocznej ciąży, próbującą karmić wiewiórki. Jak widać głupich ludzi nigdzie nie brakuje.

Z innych ostrzeżeń były jeszcze takie: 


I takie: 



Właściwie to mimo wielu prób wypatrzenia miśków, nie udało się nam ich zobaczyć. Raz było blisko: Utknęliśmy w korku wywołanym przez ich pojawienie się w okolicy. Niestety korek był długi, a miśki daleko i szybko sobie poszły. 
Jednak ich pojawianie się nie należy chyba do bardzo niezwykłych wydarzeń. Wszystkie kosze na śmieci mają zabezpieczenia, (np w postaci karabinka, który trzeba rozpiąć, by odblokować klapę przypiętą łańcuchem, przy miejscach dla namiotów są specjalne pojemniki, by przechowywać w nich jedzenie...

 I jest sporo ciekawych znaków drogowych jak ten: 


Czyli po prostu "zbyt szybka jazda zabija niedźwiedzie".

Same parki - obydwa - i Grand Canyon i Yosemite mają fantastyczną własną komunikację. Oczywiście darmową. W niektóre miejsca nie da się dojechać prywatnym samochodem, tam trzeba skorzystać właśnie z parkowych autobusów. 
W kanionie trafiliśmy na kierowcę żartownisia, który nabijał się z kolegi zamierzającego zjechać na dno kanionu na linie, ten w Yosemite - ze wszystkich po kolei. Jeden z jego tekstów tak się spodobał mojej mamie, że przez trzy dni walczyła ze słowem "squirrel", które to jakimś cudem stale umykało z jej pamięci. 

Ogólnie po Yosemite jeździ się fantastycznie. Wynajęliśmy SUVa, na wszelki wypadek, by łatwiej było nam podróżować. By nigdzie przypadkiem nie "zawisnąć". Tymczasem drogi były gładkie jak stół (tylko jedna - dostępna od maja do października) była niezbyt wyremontowana (ale wciąż łapała się w polskim standardzie nie najlepszej, ale i nie bardzo złej drogi), pozostałe były idealne, W Yosemite nawet w formie jednokierunkowych dwupasmówek. 
Te jednopasmowe w Yosemite - dość kręte - miały miejscami poszerzone pobocza a przydrożne znaki drogowe zachęcały do usuwania się na nie wolniej jadących samochodów. Niestety nie wszyscy doczytali i kilka razy wlekliśmy się za jakimiś mistrzami prostej. 

Na niektórych trasach znajdowały się ponadto ostrzeżenia pożarowe, czasami mijaliśmy zaparkowane samochody straży pożarnej, widzieliśmy też gaszące pożary śmigłowce. 
W czasie naszego pobytu paliło się w kilku miejscach: 



Co ciekawe, same pożary w tych lasach są rzeczą naturalną; dla przykładu gigantyczne sekwoje po prostu dla rozwoju na pierwszym etapie wymagają wypalenia okolicy, żeby ich młode pędy mnogły wyrosnąć. Szkoda tylko, że w ten sposób nam popsuły trochę początek zwiedzania.
W samym parku było kilka stacji benzynowych. Paliwo mieli w absurdalnych cenach, ale to i tak było lepsze, niż brak stacji albo (zaskakująco) zamknięta jedna z nich. Raz się nam zdarzył taki wypadek. Na szczęście paliwa mieliśmy na dojazd do dwóch kolejnych stacji i jeszcze trochę. Kiedy przejeżdżaliśmy tą samą drogą następnego dnia, była już informacja, że stacja jest nieczynna.

Na koniec fotka naszego samochodu - tak wyglądał drugiego dnia rano. To matowe to popiół. Biorąc pod uwagę odległość od pożarów to plus ilość dymu w powietrzu naprawdę robiło wrażenie. 



Z Yosemite czekała nas już "tylko" droga powrotna do Las Vegas. "Tylko" bo droga była daleka, a widoki niesamowite. 
Ale to już następnym razem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz