Na wyjeździe Yosemite nie poskąpiło nam pięknych widoków. Były i góry i jezioro i jeszcze dużo więcej gór. Nawet jadąc robiliśmy fotki, bo ciężko było się powstrzymać. Kręta droga prowadziła wzdłuż zboczy: z jednej strony ściana, z drugiej pustka. A dalej kolejne góry. A za samym parkiem wcale nie było inaczej. Kilka razy zatrzymywaliśmy się na robienie fotek i podziwianie widoków.
Pojechaliśmy do kolejnego parku, Devils Postpile zobaczyć tamtejsze niesamowite kolumny bazaltowe...
A później bez dalszej zwłoki ruszyliśmy w stronę Las Vegas przez Death Valley.
Na początku było tak sobie: pustynia jak pustynia: skały, jakaś wyjątkowo uparta, by rosnąć w takim miejscu roślinność. Ogólnie nic ciekawego. Później zaczęliśmy się wspinać na wzniesienia. I zdobiło się naprawdę ciekawie i pięknie.
Poniżej droga między skałami, które wyglądały, jakby cała banda artystów z wiadrami farby pracowała nam nimi przez kilka lat. Aż ciężko było uwierzyć, że to się tak samo...
Było dość ciepło, żeby nie powiedzieć gorąco, więc w pewnym momencie zaskoczyła nas informacja, ze zalecają... wyłączenie klimatyzacji w samochodzie, by uniknąć przegrzania. Grzecznie postąpiliśmy według wskazań, zwłaszcza, że silnik naszej "Kijanki" niezbyt gładko współpracował z koszmarnie zestrojoną skrzynią biegów. Wchodził na absurdalnie wysokie obroty przy byle podjeździe i chwilami zastanawialiśmy się, czy faktycznie nie rozsypie się w najgorętszym miejscu doliny. Tymczasem kiedy wspięliśmy się na te 3000 stóp okazało się, że wcale nie ma upału i jest nawet przyjemnie. Słońce nie przypiekało bo było już mocno po południu.
Też mi Dolina Śmierci...
A później zaczęliśmy zjeżdżać. Szybko wytraciliśmy wysokość i naszym oczom ukazał się piasek.
Nie było go wiele. W ogóle Dolina Śmierci nie ma nic wspólnego z tonami piachu jakie fundują nam w filmach przyrodniczych o pustyni. Za to temperatura mocno wzrosła. Słońce chyliło się już ku zachodowi i było czuć w powietrzu, że ten skwar, ten żar niesiony z suchymi podmuchami wiatru, to już niemal wieczorny chłód. Gorąc bił od dołu, nie od góry. To dało nam do myślenia na temat tego, co działo się w tym miejscu jeszcze kilka godzin wcześniej.
To miał być ostatni punkt widokowy i właściwie ostatnie zdjęcia z pustyni. Chcieliśmy zdążyć do Las Vegas, przyjechać na tyle wcześnie zrobić jeszcze kilka zdjęć nocnego miasta przed wylotem. Przecież następnego dnia czekała nas bardzo wczesna pobudka.
Nie zdążyliśmy zrobić zdjęć w Las Vegas. Po dotarciu do hotelu i zjedzeniu szybkiej kolacji było na to za późno. Powyższe zdjęcia nie były ostatnimi zdjęciami z Doliny Śmierci. Po prostu nie mogliśmy ominąć tego, co było dalej.
"Czyż istnieje na świecie piękniejszy widok niż zachód słońca na pustyni, gdy, jakby wstydząc
się swej jaskrawej południowej mocy, zaczyna pieścić człowieka garściami barw o
niewyobrażalnej czystości i delikatności?! Szczególnie piękne są niezliczone odcienie
fioletów, w mgnieniu oka zmieniających szeregi diun w zaczarowane morze – uważajcie,
byście nie przegapili tych kilku mgnień, bo nigdy już się one nie powtórzą... A ta chwila tuż
przed świtem, gdy pierwszy błysk światła przerywa w pół taktu powściągliwy menuet
księżycowych cieni na woskowanym parkiecie wyschniętych jezior – albowiem owe bale na
wieki ukryte są przed niewtajemniczonymi, którzy przedkładają dzień nad noce... A
nieodłączna tragedia tego momentu, kiedy potęga mroku zaczyna chylić się ku upadkowi i
puszyste skupiska wieczornych gwiazdozbiorów niespodziewanie stają się ostrymi lodowymi
okruchami – tymi samymi, które przed świtem osiądą w postaci szronu na oksydowanym
żwirze zboczy wzgórz..."
K. J. Yeskov: Ostatni władca Pierścienia


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz