czwartek, 15 października 2015

Knedle ze śliwkami i wyjazd do Chicago

Tak, w niedzielęzrobiłam knedle ze śliwkami. To nie jest niezwykłe osiągniecie. To po prostu tak nie nasz styl jedzenia, że nawet nie pamiętałam jak smakują. (A co dopiero jak je zrobić. Pamietam nawet dokładnie kiedy robiłam je ostatnio: 2 rok pierwszych studiów, mieszkanie na Smoluchowskiego w Krakowie. To by było kilkanaście lat temu). Tym razem knedle zostały zrobione dla Jennie, po jej fascynacji pierogami z truskawkami. Podsumowałam przy okazji, że porządnej pani domu to ze mnie nie będzie. Kuchnia wyglądała, jakby rozegrała się w niej trzecia wojna światowa. No, może nie aż tak źle, ale jak na mój standard - upiornie. To wszystko wina mąki! Bo ona jest dość puszysta i łatwo przenosi się na duże odległości...
Tak czy inaczej knedle smakowały, albo Jennie była bardzo głodna. W poniedziałek stwierdziła, że powinna była przestać dwa knedle wcześniej, zamiast brać dokładkę, ale jakoś ciężko się jej było powstrzymać.

W trakcie poszukiwań drugiego samochodu doszliśmy do wniosku, że Lafayette jest za małe. Po prostu nie ma w czym wybierać. Znaleźliśmy  za to sporo fajnych aut w Chicago i postanowiliśmy się tam  wybrać. Wyszło nam, że tak będzie sprytniej: zrobić jedną długa trasę i obejrzeć na miejscu 7 sztuk, niż robić choćby i tylko 50 mil do jednego samochodu. 

Korlat została pod opieką Jennie i na loperamidzie. (Niestety to co było na wszelki wypadek okazało się całkowicie uzasadnionym działaniem. W poniedziałek wcześniej wieczorem objawy były jeszcze wątpliwe, we wtorek prawie pewne a w środę rano Korlat była chora na całego. Od razu podaliśmy antybiotyk, po powrocie z pracy dołożyłam jakąś 1/3 tabletki pyralginy. Ta ostatnia od razu postawiła psa na łapy: wieczorem Korlata zrobiła awanturę, że jest głodna :)

Ale wróćmy do Chicago.
Po drodze zauważyliśmy, że z pól znikła kukurydza. 
Jadąc dalej odkryliśmy gdzie się podziała:





A później wjechaliśmy do Chicago. Wreszcie zobaczyliśmy kawałek miasta. Na zwiedzanie brakło czasu, ale przynajmniej zobaczyliśmy wyższą niż 4 piętra zabudowę. 




A auta? W skrócie było tak: pojeździliśmy dziecięcą zabawką zaopatrzoną w silnik 1.6 l i zrozumieliśmy, że komis, w którym kupiliśmy naszą Toyotę to jednak był wyjątek, a nie reguła. 

Szukaliśmy auta taniego. Małego, starego, z nie najmniejszym przebiegiem, ale jednak sprawnego! Tymczasem jak nie zdychające sprzęgło, to problemy z zawieszeniem, niedziałająca klimatyzajca, albo i jeszcze gorzej. A wszystko opisane jako stan dobry, lub nawet doskonały. Trzy razy dowiedzieliśmy się, że ta marka tak ma, że to normalne... Jeden facet zaręczał, że sam jeździł samochodem i wszystko jest ok. Może tam skąd pochodził byłoby ok, ale moje zdanie na ten temat było mocno odmienne. 
Najgorsze było Volvo w wypasionym salonie w samym centrum miasta. Było to jedyne miejsce, gdzie byliśmy umówieni, mieliśmy oglądnąć konkretny egzemplarz... W samochodzie cuchnęło. Nie był to niewinny nieprzyjemny zapach  petów wyostrzony przez mój czuły węch. Nic z tych rzeczy. Jedną ze składowych z pewnością były papierosy. Ktoś palił je w dużej ilości. Było tam jednak coś jeszcze, czego nie potrafiłam zidentyfikować. To ta druga składowa tak strasznie dawała w kość. Ledwo wsiedliśmy, musiałam użyć inhalatora. Do wieczora nie mogłam normalnie oddychać, a Przemek po krótkiej przejażdżce wysiadł z bólem głowy. Dealerzy zawalili na całego. Auto nie tylko nie było przygotowane do jazdy. Ono nie nadawało się do niczego! I wszystko przez nie tak poważne usterki. Bo podobno prowadziło się super. 
Kolejne Volvo mieliśmy tylko zobaczyć, bo cena sugerowała kiepski stan. Tymczasem na miejscy było zaskakująco dobrze. Auto czyste, zadbane... Dopiero po wyprowadzeniu na przejażdżkę okazało się, że ktoś paskudnie nim na coś najechał. Uszkodzenia póki co nie powodowały poważnych konsekwencji, prawdopodobnie mogłoby jeździć spokojnie przez kolejnych 5 lat, A może nie? Może już za tydzień, za dwa zaczęłyby się wycieki i wymiana części? Do tego prawdopodobnie trzeba by było  wymienić tarcze hamulcowe. Odpuściliśmy, choć w praktyce auto mogło być okazją. Ale jak z nim będzie ani my, ani przemili mechanicy z pobliskiego serwisu nie umieliśmy oszacować. 

Najzabawniejsza była jazda Mini z manualną skrzynią biegów. Po 15 minutach stare odruchy wróciły i musiałam się bardzo pilnować w naszej Toyocie. 
A samo autko? Śmieszne: Przednia szyba zaraz za szkłami okularów, tył zaraz za siedzeniem. Czuliśmy się, jakby nas posadzili w dziecięcym autku na pedały. Ale to miało żwawy silniczek. I tylko gdyby było całkiem sprawne...

Dwie dobre rzeczy wyszły nam z tego wyjazdu:
1) Spędziliśmy cały dzień razem i zrobiliśmy sobie wycieczkę
2) Nie dalismy się wyrolować. Jednak wprawa z  Polski pozostała. Więcej nie wybierzemy się poza miasto. Nie warto. Przeprowadzka najwcześniej w grudniu, Joshua pracy z dnia na dzień nie zmieni. Póki jest jak jest, jedno auto nam starczy. Co nie znaczy, że nie szukamy. 


1 komentarz: