środa, 7 października 2015

Las Vegas i reszta wakacji.

Jak napisałam wcześniej nie było czasu na Las Vegas. Dotarliśmy późno, byliśmy zmęczeni i głodni, Do ostatniej chwili planowaliśmy spacer. Ale zrobiła się północ, a lot powrotny był dość wcześnie rano... Dlatego wrzucam tylko kilka fotek pstrykniętych po przylocie i kilka po powrocie, zrobionych przez okno z samochodu. (Żeby nie było, że post nudny bo bez obrazków).










Kiedy wstaliśmy było jeszcze ciemno. To strasznie dziwne wrażenie. Przy tych temperaturach jakie tam panują nam samo koduje się, ze jest lato. A lato przecież jasno robi się o 4! Tyle, że w Polsce. Trochę obawialiśmy się ile zajmie nam zwrot samochodu i ogólnie jak wyrobimy się z czasem. Ustawiliśmy GPS na wypożyczalnię. Pewnie powinnam wspomnieć, że prawie wszystkie wypożyczalnie mają swoją siedzibę w jednym miejscu. Dzięki temu bus z lotniska dowozi wszystkich zainteresowanych w to samo miejsce i z tego samego zabiera. Numery busów odpowiadają numerom peronów na które ma być podwózka. Wszystko oczywiście za darmo.
Ale wróćmy do GPSa. Jechaliśmy według jego wskazań, ale naszą uwagę przykuło coś dla naszych realiów niespotykanego: tablice informacyjne w mieście prowadzą miedzy innymi do... wypożyczalni samochodów. Tak, te same miejskie tablice które u nas informują w jakim kierunku prowadzi droga, tutaj kierują między innymi na wypożyczalnię samochodów. Jak widać dla Amerykanów wypożyczalnia samochodów jest ważnym miejscem. W sumie nie dziwię się. Nic a nic.

Zwrot samochodu był ekspresowy. E-mail z prośbą o ocenę wypożyczalni - jeszcze szybszy. Nie zdążyliśmy opuścić budynku, a już wiadomość zameldowała się w mojej skrzynce mailowej. 
Po oddaniu  samochodu darmowy bus zabrał nas na lotnisko. 
Lot mieliśmy chyba z wiatrem, bo przylecieliśmy sporo przed czasem.
Tylko widoki czym bliżej domu, tym były bardziej nijakie. Od razu zatęskniliśmy za górami.  Za rok szukam postdoca w Nevadzie ;)

Tyle z nowych przeżyć, przed sobą mieliśmy jeszcze weekend i trzeba było wrócić do rzeczywistości. O ile przed wyjazdem uzyskałam dużą wydajność w wiązaniu przeciwciał,  o tyle fałszywego wyniku dodatniego dla moich testów nie udało się póki co wyeliminować.
Kolejny tydzień zszedł dość szybko pomiędzy pracą a kolejnymi zakupami i zwiedzaniem miasta.

Zwłaszcza mama, która widziała część uniwersytecką z okien samochodu, bardzo chciała się w niej przespacerować.

Zrobiliśmy rundkę na jakieś 90 minut, popstrykaliśmy trochę fotek.



Przy bramie





Przy Neil Armstrong Hall of Engineering - pomnik Armstronga olewamy, księżycowe ślady są fajniejsze.





Charakterystyczna fontanna uniwersytecka





I jeszcze bardziej charakterystyczna wieża zegarowa... (Kiedy opowiadałam Bartkowi, że szukałam graficznego motywu na bloga i on i Thanh zakrzyknęłi "wieża zegarowa!". Do mnie jednak bardziej przemawiała kukurydza. )




Z amerykańską flagą w tle - tutaj to widok dość powszechny.




Obowiązkowe przy College of Veterinary Medicine





I przy pomniku przed głównym wejściem do Lynn Hall (naszego budynku)




O wypadzie nad Niagarę będzie pisał Joshua. Ja większość czasu spędziłam na konferencji, oni zobaczyli więcej.
Na koniec jedna tylko "aktualność" żeby być bardziej na bieżąco:



Tak, czasami trzeba coś zmienić ;)







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz