Akurat trafiła mi się sobota w pracy. Próbki się inkubują, więc mogę chwilę popisać (tak po prawdzie to nie powinnam pisać akurat bloga bo publikacja czeka, ale to nie jest moja pora do pracy. Spędzę teraz 3 h, namęczę się i zrobię tyle co po 22 w godzinę i bez problemu).
Po wyjeździe rodziców jeszcze nie wszystko wróciło do normy. Nie chciało się nam przenieść części rzeczy do szafy, więc nasz walk-in closet jest wciąż zagracony. Pościel niby poszła do prania ale łóżka zostały jak były. Trochę celowo, bo Korlat i tak je zaanektowała (natychmiast po zwolnieniu ich przez rodziców, na pewniaka poszła tam spać). A ponieważ w rozłożonej formie pierwsze łóżko jest niskie a na drugie jest już nisko z pierwszego, to przynajmniej wiemy, że psisko nie wysila mięśni podczas wskakiwania.
Przed wyjazdem mama zrobiła pierogów z mięsem. Dużo. Ma już dwie wielkie fanki (Jennie i Carmen). Jennie była na pierogach jeszcze przy rodzicach... Była szansa porozmawiać, pośmiać się, a skończyło się tak, że na następny dzień mama przygotowała dla Jennie jeszcze jedną wersję - z truskawkami - bo sama idea owoców w środku wydała się Jennie fascynująca. Jennie dostała swoje pierogi z truskawkami, kiedy przyszła wyprowadzić Korlat - my pojechaliśmy wtedy do Chicago odwieźć rodziców na lotnisko. Instrukcję jak je przygotować (polać śmietaną) zostawiłam obok talerza. Później na drugiej stronie znalazłam liścik pochwalny ze stwierdzeniem, że skoro jadałam takie obiady jako dziecko, to moje dzieciństwo musiało być naprawdę szczęśliwe.
Czas mija nam ostatnio na poszukiwaniu nowego mieszkania - zachciało się nam zmienić na coś trochę bardziej wypasionego, nie wykluczamy domu. Niestety tutaj przy rocznych umowach nie jest to takie proste: dzień wyprowadzki jest nienegocjowalny (znaczy, możemy wcześniej, płacimy za cały rok), a nowe mieszkanie też będzie na rok. Trzeba się idealnie wstrzelić z nową umową.
W związku z planowaną przeprowadzką niezbędny będzie nam drugi samochód. Wyznaczyłam niewielki limit na coś niezbyt młodego, ale takiego, żeby nie rozsypało się zaraz drugiego dnia w drodze do pracy.
Kupujemy po Bigboy'owemu: Wpisujemy cenę w wyszukiwarkę, zaznaczamy lokalizację i dawaj - oglądać wszystko jak leci co ma manualną skrzynię biegów. (Jeden samochód chcę mieć normalny).
No i jak tak wyskoczyło wszystko w odpowiedniej cenie i z manualem, to nas trochę poniosło. Nie całkiem, wszak odpuściłam garbusa z 1971 roku, ale za to pojechaliśmy oglądać to:
i to:
"Smarta" (jak powiedział Joshua: dwumiejscowe, z małym bagażnikiem i maczał w tym palce Mercedes), nawet byśmy wzięli, gdyby nie konieczne opanowanie wycieków z silnika (odkryte przez mechanika, do którego wzięliśmy auto do sprawdzenia) i wycenione na ekstra $ 1500.
Mazda odpadła sama - silnik Wankla nie jest czymś co zachęca do kupna. Sprzedaż tego pojazdu mogłaby być trudna, a nam może się ze sprzedażą spieszyć.
Szukamy dalej.
Odstawiliśmy Korlacki antybiotyk i jak na razie (nawet ku zdziwieniu naszego weta) biegunka nie wróciła. Ja też się dziwię, nie oczekiwałam, że tylozyna wyleczy mi psa na dobre. Ale stan obecny jest przyjemny.
Jak już dałam znać obcięłam włosy. Ale nie osiągnęłam jeszcze stanu planowanego, (nie mogę zdecydować co do koloru) więc na razie się nie pokażę.
Tymczasem inkubacja się kończy, trzeba płukać i sprawdzić co wyszło. Zatem do następnego posta!


Primo, kup sobie jakiegoś amerykańskiego klasyka z lat 80tych... ja wiem, caprice, crown victoria? ;) Przywieziecie ze sobą do PL i jeszcze na tym zarobicie :)
OdpowiedzUsuńA moje kupowanie chyba się zepsuło... bo jak zacząłem szukać auta w niedużych rozmiarach, ale dobrze wyposażonego i z automatem oczywiście, to mi wyszedł salon toyoty i auris hybrid :) no i chyba go w tym tygodniu w końcu odbiorę :P