niedziela, 18 października 2015

"Have a good sleep" i trochę przelewającej się wody


Tak, wiem, miałem dawno skończyć tego posta. Jakoś mi trudno było się zebrać, no.

Poprzednie wycieczki zakończyliśmy z wynikiem jak niżej, oddając samochód w wypożyczalni w Las Vegas. Z tego sama planowana trasa przejazdu wyniosła połowę tego dystansu, reszta to przejazdy i dojazdy lokalne. W kanionie nie było jeszcze wiadomo, ile czasu spędzimy w samochodzie... W Yosemite natomiast dojazdy zajmowały sporą część dnia: od bramy parku do wjazdu do doliny ca. 35 mil, tam i nazad, do tego kilkanaście kolejnych po samej dolinie (nawet tylko po to, żeby wyjechać). Dobrze, że wypożyczalnia nie ma opłat dodatkowych za dystans.


Z wyjazdem na Niagarę (uwaga: tutaj wymawia się "najagra", do czego przez dłuższą chwilę nie mogliśmy przywyknąć) było tak: kiedy już cały urlop był w zasadzie zaplanowany, Ewa dowiedziała się że ma w tym czasie konferencję. Trochę to zamotało plany, bo mieliśmy jechać w moje wolne dni, a tak musiałem wziąć kolejny niepłatny urlop, ale to jednak przyjemniejsza aktywność od roboty. Dla odmiany - powozimy naszą limuzyną.
Po drodze można się skichać z nudów. Jedyną rozrywką, po długim poszukiwaniu miejsca na posiłek (bo jak minęliśmy jeden zestaw stacja benzynowa + jadłodajnia po zjeździe z którejś tam międzystanówki, to na kolejnej drodze przez kilkadziesiąt mil nie było kompletnie nic, poza mijanymi farmami), to moje amerykańskie śniadanie - tost, kiełbaski, smażone ziemniaki, zdaje się że w zestawie jeszcze amerykańskie naleślniki (są takie dziwne, grube i biszkoptowe), no i nie można pominąć dwóch jaj sadzonych. Nie dziwię się, że znacznie więcej niż u nas tu ludzi w rozmiarze XXXXL. Ale skoro jeść daje Big Boy...



Po drodze do lokalnych ciekawostek zaliczamy transport ciężarówek - poniżej zdjęcie z parkingu, już w Buffalo, ale na drodze wyglądają jeszcze bardziej niesamowicie.


Następnego dnia po śniadaniu (drugie amerykańskie dla mnie, nie ma się co dziwić że po urlopie zarobiłem coś z pięć funtów w pasie - ale nie mogłem się powstrzymać) my zwiedzamy, a naukowcy albo się konferencjują (Ewa) albo obijają (niektórzy z pozostałych). Dzięki pociagowi Pana Redaktora trafiamy na nabrzeżu na wystawkę okrętów do zwiedzania, co zajmuje nam raptem dwie i pół godziny. Wodospad musi poczekać.

Pomnik ku chwale polskich żołnierzy, zaraz potem muzeum - w zasadzie marynarki, ale im się trafił też wiatrak w barwach wojsk lądowych. Łódki stoją w sumie trzy, z tego jedna taka co się topi, reszty jest może nie za wiele, ale też sa się pospacerować. Wszystkich fotek nie dam rady, musicie poczekać na zrobienie albumu.




W poszukiwaniu polskich śladów natrafiamy na gablotkę Pana Admirała.


W poszukiwaniu jajcarskich fotek trafiamy na podwodniacki (ciasny!) kibel.



Niagara pojawia się w planie chwilę później, bo Ewa chce się wyrwać przed wieczorną imprezą z nami. Jedziemy - znaczy znów trzskamy mile, bo w tym kraju nic nie jest blisko (nawet jeśli tak wygląda). Wodospad wygląda tak: kupa wody i nie da się po nim jeździć. Spacerujemy chwilę, ale ze względu na opóźnienie (remonty drogowe) musimy wracać do Buffalo.


Z kanadyjskiej strony wygląda ponoć lepiej.


Wieczorem oglądamy tylko zachód słońca nad wielkimi jeziorami. Więcej zwiedzania następnego dnia. Rodzice idą z paszportami na kanadyjską stronę, my nie możemy opuścić kraju; na załatwienie papierów po prostu w toku przygotowań brakło nieco czasu, za dużo spraw chcieliśmy załatwić w zbyt krótkim czasie.


Na zakończenie pobytu, nieco popsute koszmarnie hałaśliwym otoczeniem zwiedzających (bo turyści to byli w parkach narodowych, tych prawdziwych) wozimy dupska łódką pod prysznic. Pelerynki w cenie biletu. Płacimy za parking (chyba pierwszy raz w czasie całego urlopu, prawie wszystkie parkingi są darmowe), jemy obiad, jedziemy do domu.



Po drodze chwila śmiechu i paniki. Najpierw mamy ubaw, kiedy wśród znaków dogowych zauważamy tabliczkę proszącą o niezatrzymywanie się i niezabieranie autostopowiczów, ponieważ... w pobliżu jest zakład karny. Natomiast chwilę paniki mamy, kiedy po tankowaniu, 300 mil od domu, zapala się kontrolka kontroli trakcji i czuć smród palonej gumy. Po chwili wszystko przechodzi i problem się nie powtarza, po wizycie w warsztacie już po powrocie też jest ok (konieczna była zmiana oleju, też lampka przypomniała). Olej i opony - to w zasadzie, poza stanem technicznym jako takim, jedyne rzeczy na które zwracają uwagę w ogłoszeniach samochodów. Co nie znaczy, że jest z nimi dobrze - to już napisała Ewa, nie mogąc się doczekać aż skończę relację z urlopu.
Długą drogę do domu (łącznie 450 mil) przerywamy na tankowanie, potem jeszcze na wydobycie wody z bagażnika. Jakież jest moje zdziwienie, kiedy na pustej autostradzie bagażnik rozświetlają mi mrugające lampki... Powoli wyciągam butelki, równie powoli Ewa wyciada zza kółka i tłumaczymy Panu Oficerowi Policji - który nie wiadomo skąd się wziął, kiedy się zatrzymaliśmy na awaryjnych na poboczu, jakieś pół godziny po północy, pośrodku kompletnie niczego - że wracamy z Buffalo do West Lafayette, potrzebujemy tylko zmienić kierowcę i wszystko jest ok. Życzy nam dobrych snów. Oczywiście całe nasze zaskoczenie i zachowanie wynika z tutejszych zasad zatrzymania przez policję, których nieprzestrzeganie może się skończyć nieprzyjemnie. Otóż w przypadku ujrzenia za sobą dyskoteki należy NIE wysiadać z samochodu, siedzeć z rękami na widoku (czyli najlepiej na kierownicy), a resztę w tym dobycie i podanie dokumentów wykonywać dopiero na polecenie i informując np. o konieczności sięgnięcia do kieszeni albo schowka na desce (gdzie, przypominam, zwyczajowo są wszystkie dokumenty samochodu). Inna sprawa, że jak się okazuje pojawiający się w nocy - a nie zatrzymujący Pan Oficer - nie stanowi przypadku zatrzymania.
Po powrocie o 2 w nocy odkrywam, że nie sprawdziłem swojego rozkładu robót. Zaczynam 3 godziny później. Dobrych snów, jasne.

1 komentarz:

  1. Protestuję. Ja nie daję żadnego jedzenia. od 10h jestem w robocie i prawie nic nie jadłem, bo nie mam czasu... a co dopiero dawać ;) no dobra. Trzeba iść pracować dalej... może się cholerstwo przeliczy w końcu.

    OdpowiedzUsuń