Tak, wiem, miałem dawno skończyć tego posta. Jakoś mi trudno było się zebrać, no.
Poprzednie wycieczki zakończyliśmy z wynikiem jak niżej, oddając samochód w wypożyczalni w Las Vegas. Z tego sama planowana trasa przejazdu wyniosła połowę tego dystansu, reszta to przejazdy i dojazdy lokalne. W kanionie nie było jeszcze wiadomo, ile czasu spędzimy w samochodzie... W Yosemite natomiast dojazdy zajmowały sporą część dnia: od bramy parku do wjazdu do doliny ca. 35 mil, tam i nazad, do tego kilkanaście kolejnych po samej dolinie (nawet tylko po to, żeby wyjechać). Dobrze, że wypożyczalnia nie ma opłat dodatkowych za dystans.
Z wyjazdem na Niagarę (uwaga: tutaj wymawia się "najagra", do czego przez dłuższą chwilę nie mogliśmy przywyknąć) było tak: kiedy już cały urlop był w zasadzie zaplanowany, Ewa dowiedziała się że ma w tym czasie konferencję. Trochę to zamotało plany, bo mieliśmy jechać w moje wolne dni, a tak musiałem wziąć kolejny niepłatny urlop, ale to jednak przyjemniejsza aktywność od roboty. Dla odmiany - powozimy naszą limuzyną.
Po drodze można się skichać z nudów. Jedyną rozrywką, po długim poszukiwaniu miejsca na posiłek (bo jak minęliśmy jeden zestaw stacja benzynowa + jadłodajnia po zjeździe z którejś tam międzystanówki, to na kolejnej drodze przez kilkadziesiąt mil nie było kompletnie nic, poza mijanymi farmami), to moje amerykańskie śniadanie - tost, kiełbaski, smażone ziemniaki, zdaje się że w zestawie jeszcze amerykańskie naleślniki (są takie dziwne, grube i biszkoptowe), no i nie można pominąć dwóch jaj sadzonych. Nie dziwię się, że znacznie więcej niż u nas tu ludzi w rozmiarze XXXXL. Ale skoro jeść daje Big Boy...
Po drodze do lokalnych ciekawostek zaliczamy transport ciężarówek - poniżej zdjęcie z parkingu, już w Buffalo, ale na drodze wyglądają jeszcze bardziej niesamowicie.
Następnego dnia po śniadaniu (drugie amerykańskie dla mnie, nie ma się co dziwić że po urlopie zarobiłem coś z pięć funtów w pasie - ale nie mogłem się powstrzymać) my zwiedzamy, a naukowcy albo się konferencjują (Ewa) albo obijają (niektórzy z pozostałych). Dzięki pociagowi Pana Redaktora trafiamy na nabrzeżu na wystawkę okrętów do zwiedzania, co zajmuje nam raptem dwie i pół godziny. Wodospad musi poczekać.
Pomnik ku chwale polskich żołnierzy, zaraz potem muzeum - w zasadzie marynarki, ale im się trafił też wiatrak w barwach wojsk lądowych. Łódki stoją w sumie trzy, z tego jedna taka co się topi, reszty jest może nie za wiele, ale też sa się pospacerować. Wszystkich fotek nie dam rady, musicie poczekać na zrobienie albumu.
W poszukiwaniu polskich śladów natrafiamy na gablotkę Pana Admirała.
W poszukiwaniu jajcarskich fotek trafiamy na podwodniacki (ciasny!) kibel.
W poszukiwaniu polskich śladów natrafiamy na gablotkę Pana Admirała.
W poszukiwaniu jajcarskich fotek trafiamy na podwodniacki (ciasny!) kibel.
Niagara pojawia się w planie chwilę później, bo Ewa chce się wyrwać przed wieczorną imprezą z nami. Jedziemy - znaczy znów trzskamy mile, bo w tym kraju nic nie jest blisko (nawet jeśli tak wygląda). Wodospad wygląda tak: kupa wody i nie da się po nim jeździć. Spacerujemy chwilę, ale ze względu na opóźnienie (remonty drogowe) musimy wracać do Buffalo.
Wieczorem oglądamy tylko zachód słońca nad wielkimi jeziorami. Więcej zwiedzania następnego dnia. Rodzice idą z paszportami na kanadyjską stronę, my nie możemy opuścić kraju; na załatwienie papierów po prostu w toku przygotowań brakło nieco czasu, za dużo spraw chcieliśmy załatwić w zbyt krótkim czasie.
Na zakończenie pobytu, nieco popsute koszmarnie hałaśliwym otoczeniem zwiedzających (bo turyści to byli w parkach narodowych, tych prawdziwych) wozimy dupska łódką pod prysznic. Pelerynki w cenie biletu. Płacimy za parking (chyba pierwszy raz w czasie całego urlopu, prawie wszystkie parkingi są darmowe), jemy obiad, jedziemy do domu.
Po drodze chwila śmiechu i paniki. Najpierw mamy ubaw, kiedy wśród znaków dogowych zauważamy tabliczkę proszącą o niezatrzymywanie się i niezabieranie autostopowiczów, ponieważ... w pobliżu jest zakład karny. Natomiast chwilę paniki mamy, kiedy po tankowaniu, 300 mil od domu, zapala się kontrolka kontroli trakcji i czuć smród palonej gumy. Po chwili wszystko przechodzi i problem się nie powtarza, po wizycie w warsztacie już po powrocie też jest ok (konieczna była zmiana oleju, też lampka przypomniała). Olej i opony - to w zasadzie, poza stanem technicznym jako takim, jedyne rzeczy na które zwracają uwagę w ogłoszeniach samochodów. Co nie znaczy, że jest z nimi dobrze - to już napisała Ewa, nie mogąc się doczekać aż skończę relację z urlopu.
Długą drogę do domu (łącznie 450 mil) przerywamy na tankowanie, potem jeszcze na wydobycie wody z bagażnika. Jakież jest moje zdziwienie, kiedy na pustej autostradzie bagażnik rozświetlają mi mrugające lampki... Powoli wyciągam butelki, równie powoli Ewa wyciada zza kółka i tłumaczymy Panu Oficerowi Policji - który nie wiadomo skąd się wziął, kiedy się zatrzymaliśmy na awaryjnych na poboczu, jakieś pół godziny po północy, pośrodku kompletnie niczego - że wracamy z Buffalo do West Lafayette, potrzebujemy tylko zmienić kierowcę i wszystko jest ok. Życzy nam dobrych snów. Oczywiście całe nasze zaskoczenie i zachowanie wynika z tutejszych zasad zatrzymania przez policję, których nieprzestrzeganie może się skończyć nieprzyjemnie. Otóż w przypadku ujrzenia za sobą dyskoteki należy NIE wysiadać z samochodu, siedzeć z rękami na widoku (czyli najlepiej na kierownicy), a resztę w tym dobycie i podanie dokumentów wykonywać dopiero na polecenie i informując np. o konieczności sięgnięcia do kieszeni albo schowka na desce (gdzie, przypominam, zwyczajowo są wszystkie dokumenty samochodu). Inna sprawa, że jak się okazuje pojawiający się w nocy - a nie zatrzymujący Pan Oficer - nie stanowi przypadku zatrzymania.
Po powrocie o 2 w nocy odkrywam, że nie sprawdziłem swojego rozkładu robót. Zaczynam 3 godziny później. Dobrych snów, jasne.



Protestuję. Ja nie daję żadnego jedzenia. od 10h jestem w robocie i prawie nic nie jadłem, bo nie mam czasu... a co dopiero dawać ;) no dobra. Trzeba iść pracować dalej... może się cholerstwo przeliczy w końcu.
OdpowiedzUsuń