Tylko po to by wyrwać się z dymu pojechaliśmy na punkt widokowy Glacier Point.
Widok był... własnie taki.
Marzyliśmy o deszczu, który zgasiłby płonące sekwoje i oczyścił powietrze. Albo nawet tylko oczyścił powietrze. Ja sama byłam załamana. Zapłacone cztery noclegi, na Yosemite czekałam bardziej niż na Kanion, a tymczasem moje własne płuca odmawiają współpracy i nie wiadomo czy jutro i w kolejne dni nie będzie tak samo.
Marzenia niekiedy się spełniają. Następnego dnia ochłodziło się i zaczął siąpić deszcz. Sekwoje nie zgasły, ale powietrze zaczęło być trochę bardziej przejrzyste. Za radą rangera dopadniętego przez mojego tatę na Glacier point wybraliśmy się na północ parku nad jezioro. Tam dymu było mniej, a i chmury z deszczem jeszcze tam nie dotarły.
Po drodze zahaczyliśmy o stanowisko wzrostu sekwoi.
Później pojechaliśmy dalej.
Aż and jezioro.
Powietrze tymczasem się oczyściło i udało się nam zrobić zdjęcie doliny.
Od następnego dnia pogoda zaczęła się poprawiać. Co prawda ilekroć chcieliśmy wyjść z samochodu na dłuższy spacer zaczynał siąpić deszcz, ale większość czasu było naprawdę ładnie.
Zwiedziliśmy niewielką zaporę służącą zabezpieczeniu dostępu wody dla okolicznych terenów.
Stanislaus National Forest bardzo nas ubawił.
Po drodze widok na spalony las.
Sztuczne jezioro.
Widok z zapory na jezioro i góry.
Na chwilę obecną tyle z poważnych fotek, zaś ja powinnam wspomnieć jeszcze o jednym.
Pierwszego dnia wieczorem, na wpół uwędzeni w dymie, pojechaliśmy szukać jakiegoś miejsca na obiad.
Kuchnia meksykańska nie podeszła mamie, dla taty trzeba by coś z mięchem, na pizzę nie mieliśmy ochoty. Rozważane było sushi albo kuchnia chińska. Wybraliśmy to pierwsze.
Lokal był bardzo niepozorny. Wystrój mało wyrafinowany (w porównaniu z Heisei - kompletnie nijaki) a leżąca na stole cerata omal nie wypłoszyła mamy. Ale dwójka Japończyków już zdążyła nas przywitać (mało perfekcyjnym angielskim), więc usiedliśmy. W karcie znaleźliśmy kilka błędów, jednak to, co widać było za ladą robiło naprawdę dobre wrażenie. Zamówiliśmy. Tata wybrał wołowinę curry, my we troje sushi.
I na tym etapie nasze wrażenie odnośnie lokalu dość mocno się zmieniło. Ten ryż! Joshua omal się nie załamał. Codziennie powtarzał, że on więcej sushi nie zrobi, bo nie potrafi. Przez 5 kolejnych dni próbował dyskretnie wydobyć sekret jego gotowania. Tak, przez pięć kolejnych dni nie zmieniliśmy lokalu ani raz.
Drugiego dnia Japończycy się zdziwili, trzeciego byli naprawdę mocno zaskoczeni, ale w podzięce poczęstowali nas czymś ekstra. I tak już zostało.
Szefowa kuchni (bez podwładnych), która pełniła również rolę kelnerki szybko opanowała polskie "dziękuję" i nawet zszokowała nim swoich japońskich gości żegnając się z nami trzeciego dnia.
Sushi robione na poczekaniu i donoszone na kolejnych talerzykach przez właściciela lokalu było po prostu rewelacyjne. Tata zasmakował w przyrządzanej dla niego wołowinie, ja zapijałam się zieloną herbatą. (Na początku Japończycy przyzwyczajeni pewnie do amerykańskiej klienteli polecili mi napój herbaciany, ale za drugim razem obstawałam już przy swoim. Później już nie musiałam, herbata lądowała na stole od razu.) Nasi gospodarze szybko załapali, że tata nie jest fanem zupy miso, ale za to podchodzi mu piwo Saporo, a mama pija tylko sok pomarańczowy.
Już nam tego brakuje.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz