Na początek uzupełnienie - będzie trochę chaotycznie. Kilka informacji i kilka zdjęć, bo się zbierały przez kilka dni.
Tak, to jest autentyk - stoi sobie na lotnisku w Indianapolis.
Po wylądowaniu w Las Vegas, lotnisko. Mam jeszcze foty automatów do gry - jeszcze przed odbiorem bagażu można sobie... przegrać pensję.
Kolejna fotka zrobiona jeszcze zanim wyjechaliśmy z Arizony: na zdjęciu artefaktyczny amerykański motel i nasza Kijanka pod pokojem.
Motel był doprawdy artefaktyczny: w szufladzie szafki nocnej teść znalazł biblię.
Zemsta Montezumy dopadła połowę wycieczki, po obiedzie w meksykańskiej restauracji. Wyglądało nieźle, smakowało świetnie, niestety chilli con carne otruło całą naszą męską populację.
Po dwóch dniach spacerów po Krawędzi (znaczy krawędzi kanionu), po trosze pod moim naciskiem, bo był pomysł na szybkie zwiedzanie - zjechaliśmy przez Williams na powrót na autostradę I-40. Williams to ostatnie miasto wyłączone z ruchu na słynnej Route 66; po zakupieniu kilku gadżetów lecimy dalej. Szybko przez pustynię Mojave i dalej - żeby przed nocą się zameldować w zapłaconym hotelu w parku z sekwojami.
To jeszcze Ewa w kanionie Kolorado.
Pierwsze co zwiedziliśmy w nowym stanie to pustynia Mojave.
Do rezerwatu prowadzi droga oznaczona w ten sposób:
I wiecie co? Są dziury. Ale te dziury są mniejsze niż na niejednej krakowskiej drodze.
A oto już foty z Pustyni Mojave:
Sihaja na pustyni*
Oraz Joshua i Joshua Tree.
(Krótkie wyjaśnienie: Na stronie hotelu już dwa dni wcześniej pojawiła się informacja "otwieramy ponownie po pożarach". Rejestracja została zapłacona i potwierdzona.)
Telefonicznie zrobiłem babie w recepcji firmy awanturę od razu o 2 w nocy, ale to nic nie zmieniło - wylądowaliśmy na szybko w podrzędnym przydrożnym motelu, byle tylko w końcu się położyć spać.
Następnego dnia ruszyliśmy do parku Yosemite, po drodze szukając omletów na śniadanie. Omletów we Fresno nie znaleźliśmy, za to trafiliśmy na inny amerykańską atrakcję:
Uliczny kaznodzieja we Fresno, szybkie zdjęcie z samochodu na skrzyżowaniu. Widzieliśmy pierwszy raz, to i było ciekawie.
A na koniec w okolicy Yosemite - po znalezieniu miejsca gdzie miały być wolne pokoje - dostaliśmy domek za cenę pokoju. Przynajmniej na coś się amerykańskie zwyczaje przydają: siedzący w recepcji Hindus wprawdzie ma szalenie twardy akcent, ale za to zna się chyba na sprzedaży, bo po naszym stwierdzeniu że domek za duży, szybko podał nam akceptowalnie niską cenę.
I tak oto mieszkamy w domku (zamiast motelu), prawie w parku Yosemite.
To nasz domek na kolejne 5 dni. Full wypas, i dobrze bo to najdłuższy pobyt.
W niedzielę rano po śniadaniu wyglądamy za okno, zdaje się okolica zachmurzona... Niestety to nie chmury. To płoną okoliczne lasy. Na samochodzie mamy popiół, a Ewa nie może oddychać. Wyjechaliśmy na najwyższy punkt nad doliną, Glacier point, byle tylko uciec od snującego się w dolinie dymu. Na jutro mamy lepsze plany, za poradami strażnika parkowego, tutaj jeżdżącego Jeepem z napisami "ranger".
Lepsze foty będą później, teraz tylko Kijanka pod El Capitanem. W dymach.
Tylko taką dolinę dziś było dobrze widać.
* Od Ewy.
"Sihaja" - kurczę blade. Chyba muszę ksywkę zmienić. Większość fotek na pustyni pstrykana była z samochodu, ja wysmarowana olejkiem z filtrem 50 a i tak złapałam uczulenie od słońca: Piekącą i bolącą wysypkę. Niby mamy lato a nie wiosnę, ale sama nie wiem...
















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz