Na początek uzupełnienie ciekawostek do poprzedniego Dodge'a:
Wygląda znajomo? Mnie tak, ale wiedziałem że gdzieś tkwi haczyk. To oczywiście nie Insignia, tylko Regal, Buick Regal.
A teraz będzie o moim tutejszym pierwszym września czyli jak poszedłem się uczyć. A wcale nie było łatwo...
Po ustaleniu co mniej więcej mam zrobić, znaczy że uniwerek mi nie da (raczej) uprawnień do pracy, a college tak - i dopytaniu na jakich zasadach mnie przyjmą (znaczy że nie jestem ani tutejszy, ani student międzynarodowy), radośnie upływał sobie czas. Jakoś jeszcze w lipcu myślałem o tym, że trzeba by się zapisać, ale trochę zajmowała mnie praca i jej zmiana, trochę szukanie i kombinowanie jak zmienić mieszkanie, trochę inne rzeczy; grunt że na wycieczkę edukacyjną czasu nie mogłem jakoś znaleźć, dziwnym trafem.
Obudziłem się niemal z ręką w nocniku bodajże 19 sierpnia, że trochę czas jakby nie stoi w miejscu, a 24 zaczyna się jesienny semestr. Pognałem na miejsce. Uzbrojony w mail od Ivana H., dyrektora administracyjnego, że nie jestem studentem międzynarodowym czyli nie muszę żadnych dokumentów im przedstawiać, w tym np. tłumaczeń moich dyplomów albo testów z poziomem angielskiego, zgłosiłem się do zapisów. Postawiono mnie przy komputerze, wklepałem trochę danych typu nazwisko, adres i planowany kierunek nauki... i niemal tyle. Dowiedziałem się, że teraz muszę pooglądać filmiki z instrukcjami, poczytać jak się mam uczyć, zdać testy które mnie pozwolą zaklasyfikować na odpowiedni poziom nauki i zobaczyć się z doradcą. Tylko ten ostatni element był prosty.
Testy okazały się koszmarem. Nikt nie mówi, bo dla wszystkich to oczywiste, jakie to są testy. Niby wcześniej Ivan napisał, że mam zdać, ale ani słowa - co. Dopiero po zapisach poznałem nazwę koszmaru: accuplacer. Uruchomienie testowej aplikacji dało mi próbne pytania z matematyki na poziomie podstawowym, algebrę i "college level", angielski kilka prostych pytań oceniających poziom zrozumienia. Dwa podstawowe poziomy matematyki szybko przeleciałem, chociaż pytania potrafiły być podchwytliwe. College level... w zasadzie co widziałem pytanie, to pamiętałem że coś takiego było w liceum, ale co to dokładnie oznaczało i jak policzyć - za nic w świecie. Jakby nie patrzeć minęło 20 lat, więc mam prawo nie pamiętać. Po przygotowaniu poziomu podstawowego w stopniu umożliwiającym "niewyłożenie się" sięgnąłem dalej i doczytałem, że z angielskiego mam napisać esej. Padłem. Dalsze doczytanie - no, na szczęście jest program testowy ESL (czyli angielski jako drugi język) z innymi zasadami. Kilka dni przerabiam college level z matematyki, usiłując przypomnieć sobie wszystko z liceum. Robię dalej pytania testowe. Ciekawostka: accuplacer jest w pełni komputerowym testem, również automat ocenia esej. Mało tego - poziom zadawanych pytań zależy od uprzednio udzielonych odpowiedzi - przy poprawnych rośnie. Korzystam z wolnych dni, w międzyczasie dostaję mail, że muszę do 4 września się zapisać, jak chcę ten semestr mieć. Tylko taka opcja ma sens, jeśli nie ten - to praktycznie mogę nie skończyć edukacji przez wyjazdem. Straszy mnie ilość godzin nauki, jaką powinienem mieć zaplanowaną w domu, nie wiem czy w ogóle będę w stanie zrobić ten program w dwa semestry. Po kolei potwierdzam poszczególne punkty i rozjaśniam wątpliwości w kolejnych pytaniach do pracowników. W końcu - z rezerwą 2 dni - idę na testy. Testy... nie działają. System wisi i nie wiadomo, kiedy będzie dostępny. Po ponad godzinie zaczynam; chcę zrobić szybko matematykę, potem spokojniej wziąć się za język. System na początek każde mi napisać esej! Myślałem, że będę miał test dla "zagranicznych", a nie lokalesów! Piszę, potem męczę się z testem z rozumienia języka, nie wiem nawet ile mija czasu. W końcu - matematyka, robię podstawowe pytania, przy poziomie koledżu orientuję się, że jest już 5, a przed 6 mamy odebrać z hotelu Korlat, bo była na testowym dniu. Nie mam telefonu, nie mam portfela, nawet jeśli wyjdę (a mogę) to nie mam jak się z nią skontaktować. Na kilka ostatnich pytań i tak nie znam odpowiedzi, więc strzelam. Wychodzę.
Ocena jest na miejscu, więc dowiaduję się że zaliczyłem dość dobrze, żeby więcej nie musieć. Nie wiem, co znaczą cyferki poziomów, biorę jakiś wykaz oczekiwań przy określonych kierunkach nauki, lecę do hotelu, gdzie Ewa pojechała z Jennie.
Na drugi dzień dowiaduję się, że mogę zapisać się na księgowość, nie dostanę żadnych karnych zajęć na wyrównanie poziomu. Doradca pożal się boże, klika za mnie zapisy na kursy, potwierdzam kilka razy że chcę tylko internetowe (taniej, a ja i tak nie mam czasu na przy mojej nieregularnej pracy na jeżdżenie na miejsce na wykłady). Chłopaczek nie potrafi nawet potwierdzić, że po kursie będę miał uprawnienia do pracy na stanowisku; dopiero potwierdza po przeczytaniu tego samego opisu, który ja czytałem wcześniej. Na koniec... do zapłaty o prawie połowę więcej, niż miało być. Człapię z powrotem do dyrektora administracyjnego latynoskiej proweniencji z rosyjskim imieniem, ten z uśmiechem koryguje stwierdzając że to kwestia wybranego rodzaju wizy (po fakcie stwierdzam, że mojej nie było, tylko J1 czyli ta, którą ma Ewa, i do której ja jestem tylko przypięty). Na dzień dzisiejszy jest już skorygowane, ale zajęcia zaczynają się dopiero w październiku. Uf... Ivan śmiał się, jak powiedziałem że wiedząc jakie testy miałbym zdać - nawet bym nie spróbował.
A to biuro Ivana H. Skorzystałem z chwili, kiedy kopiował moją wizę, żeby uwiecznić figurkę Boba Fetta z cukierkami. Fajnie jest, hameryka - biuro dyrektora.
A to w międzyczasie - parkowanie na Ewy uniwerku. Było miejsce na parkingu, ale nasz malutki samochodzik tak się ładnie wpasował.
Widoczek z osiedla: Ewa twierdzi, że nie widziała tego roweru. Przykład niezłej paranoi, biorąc pod uwagę tutejsze warunki - chociaż rowery z reguły się zapina, to jednak bez przesady. Ja w końcu też mam, za cenę zakupów w spożywczaku, znalezioną cholernie ciężką kolażówkę (z siodełkiem wagi papierowej, ostatnim prezentem od żony) - cudem, bo wśród setek modeli górali coś z kierownicą "barankiem" jest tu spotykane jedynie albo przypadkowo, albo w cenie samochodu.
Tu już z oczekiwania na lotnisku, bo tak jakoś nam wyszło trochę za wcześnie. Głodny byłem, więc czemu nie "royal with cheese"...
Oczywiście odkąd napisałem, a nie wrzuciłem, minęło kilka dni. To teraz jesteśmy w Yosemite National Park (prawie, bo domek mamy kilkanaście mil przed bramą parku) i dziś w zasadzie okoliczne pożary zrąbały nam dzień zwiedzania. Foty będą w następnym poście, o ile mnie "mac" Ewy nie doprowadzi do białej gorączki.
Oczywiście odkąd napisałem, a nie wrzuciłem, minęło kilka dni. To teraz jesteśmy w Yosemite National Park (prawie, bo domek mamy kilkanaście mil przed bramą parku) i dziś w zasadzie okoliczne pożary zrąbały nam dzień zwiedzania. Foty będą w następnym poście, o ile mnie "mac" Ewy nie doprowadzi do białej gorączki.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz