Po głowie wciaż chodzi mi Solitary Man Johny'ego Casha...
W poniedziałek rano w ogolnym pośpiechu i zamieszaniu zrobiliśmy pranie, spakowaliśmy się i pojechaliśmy do Indy. Bez problemu znaleźliśmy tani parking, a dzięki Ivy-Techowej karcie Joshuy dostaliśmy jeszcze ekstra niewielką zniżkę na przechowanie samochodu przez 12 dni. Busem pojechaliśmy na lotnisko. Jedzenie, odprawa i lecimy.
Zapomniałam jak bardzo tego nie lubię. W samolocie postanowiłam, ze pierniczę 4 godzinny lot i wracam samochodem. (Oczywiście postanowienie szybko się ulotniło, a to za sprawą widoków).
Wylądowaliśmy w Las Vegas o 17 czasu lokalnego. Wypożyczyliśmy samochód nie dając namówić się na żadne dodatkowe bajery, jedynie wzięliśmy zgodę na drugiego kierowcę. I tak drogo: 11$ dziennie, a przecież zmiana za kierownicą to poprawa bezpieczeństwa. Dostała się nam Kijanka zamiast Ravki, za to z napędem na wszystkie kółka. Nawet fajnie wyposażona, jeszcze pachnąca nowością. Od razu pojechaliśmy do motelu.
Motel był mocno artefaktyczny: taki w jakich na filmach pojawiają się podejrzane typy, albo nad ranem policja znajduje ciało. (Czasem nawet Wraith się trafi...)
Później wybraliśmy się na nocny spacer po mieście. Niestety zaparkowaliśmy ciut za daleko a że byliśmy bardzo zmęczeni hukiem z samolotu, przesunięci w czasie i zdychający z gorąca (36 C w nocy), to i nie mieliśmy zbytniej motywacji na zwiedzanie. Dlatego fotki zrobimy na spacerze ostatniego dnia przed wylotem.
Rano wyruszyliśmy w kierunku Arizony, zahaczając po drodze o punkty widokowe.
Temperatura - jedyne 38 C w cieniu i pełne słońce dały się nam trochę we znaki. Powrót z tamy i klimatyzację w samochodzie wszyscy przywitaliśmy błogim westchnieniem ulgi. Ale i tak było warto ją obejść.
Później pojechaliśmy dalej - do Arizony.
Droga troche nam zajęła, więc odwiedziliśmy tylko jeden punkt widokowy Wielkiego Kanionu. Jutro będzie ciąg dalszy.










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz