Poprzedni wpis zakończyłam na etapie oczekiwania na samolot z rodzicami. Później wszystko potoczyło się tak szybko, że nie było kiedy napisać wcześniej. Nie wyjaśniłam nawet skąd taki tytuł tego posta. Otóż miałam nieodparte wrażenie, że jeszcze rok temu moi rodzice (a zwłaszcza ojciec, który nie znajdował wiele zrozumienia dla USA - głównie w kontekście polityki zagranicznej (tu ciężko mu się dziwić), ale i stereotypowej oceny Amerykanów jako takich) nie przypuszczali, że kiedykolwiek w swoim życiu w ogóle postawią nogę na tym kontynencie.
Ba, moje własne nastawienie było do niedawna takie, że żyć można tylko w Europie. A teraz jedziemy zwiedzać i mierzyć się z rzeczywistością. Bo jak do tej pory widzieliśmy zaledwie kawałek Indiany, poznaliśmy zaledwie tutejsze zwyczaje. To tak, jak budować swoje wyobrażenie o całej Europie na podstawie 9 miesięcy w Lublinie (bez obrazy dla Lublinian ;)).
W tym miesiącu zahaczymy o trzy kolejne stany, więc nasze doświadczenie znacząco się wzbogaci.
W tym miesiącu zahaczymy o trzy kolejne stany, więc nasze doświadczenie znacząco się wzbogaci.
I powiem szczerze, że czekam na to wszystko, co zobaczymy już w ciągu najbliższych dni, a jednocześnie jestem trochę zestresowana. To, ze nie wiem czy o czymś nie zapomnieliśmy to pikuś. Nie wiem o czym nie wiem, że trzeba było załatwić!
Ale wróćmy na chwilę na lotnisko:
Samolot wylądował o 19:16 czasu Chicago (20:16 West Lafayette), ale na pojawienie się rodziców czekaliśmy dobre półtorej godziny.
Mama śmiała się, że podchodząc do pana w okienku, który to miał ją wpuścić (lub nie) do USA zaczęła interakcję od "dzień dobry", by nie dać mu nawet cienia nadziei, że dogada się z nią po angielsku.Na to miły pan odpowiedział… również "dzień dobry". Nie, żeby mnie to zaskoczyło. Sama jeszcze przed wylotem powiedziałam jej, że taki scenariusz jest dość prawdopodobny. W końcu lądowali w Chicago.
Zapakowaliśmy rodziców do samochodu i pojechaliśmy do domu. Nie zasnęli - na własne szczęście - aż do północy, kiedy to położyli się już w naszym flapartmencie, w nowo zakupionym łóżku. Wstali wyspani o 8:30 i ominęli jetlaga. No i super!
W piątek poszłam do pracy z makowcem. (Jeszcze raz dzięki, ciociu). Zrobił duże wrażenie: "Ale tego dużo!" (Określenie "tego" dotyczyło maku). Albo "Pierwszy raz mogę spróbować jak smakuje mak!" - to powiedziały niezależnie od siebie i Kathy i Jennie. Do tego wszystkiego przyniosłam przywiezione cukierki z wódką, więc na koniec Jennie stwierdziła "Drugs, vodka... Now we can work". Z pracy urwałam się wcześniej. Poinstruowałam Carmen czym ma się zajać przez najbliższe dwa tygodnie w pracy. Zaprosiłam dziewczyny na niedzielę i jest fajnie. Nasza obsuwa organizacyjna dotyczyła również zakupów, dlatego wyrwałam sie z roboty wcześniej.
Zakupy zaczęliśmy od kart SIM dla rodziców. Teraz nawet jak się zgubią, to mają jak się z nami skontaktować. No, chyba, że nie będzie zasięgu.
Zahaczyliśmy o Mall'a, ale bezzakupowo a na koniec wybraliśmy się na obiad do Thai Essence.
Po obiedzie wrócilismy do domu i jakoś szybko zleciało nam do wieczora. Wczoraj obudziłam się z przekonaniem, że jest niedziela i z trudem oprzytomniałam na czas by zadzwonić do polskich wetek. A było po co. Korlat mimo dużej dawki leku przeciwhistaminowego drapie się jak wściekła. Do tego leni się tak, ze po powrocie chyba będę miała łysego psa. Tragedia!
"Ciocie" - jam same o sobie mówią, kazały nawilżyć psią skórę jakimś specjalnym kosmetykiem. No tak, ja o swoją dbam, a psa moczyłam ostatnio na rehabilitacji w chlorowanej wodzie. Oczywiście to wcale nie musi mieć związku, ale mogło ja dodatkowo wysuszyć i podrażnić. Dwa dni temu piesa była wykąpana w łagodzącym szamponie, ale niewiele to dało. Dziś natarłam ją nawilżającą pianką i... chyba działa. Nie w 100%, ale jest poprawa. Jeszcze powtórzymy nacieranie.
Po 12 wybrałyśmy się z mamą na zakupy. Spędziłyśmy w Mallu dobre 5h. Byłam w sklepach do których sama do tej pory ani raz nie weszłam, kupiłam sukienkę, którą wzięłam do przymierzalni z nastawieniem "zobaczmy jak bardzo nie będzie na mnie pasować" zmierzyłyśmy ogromne ilości ubrań, sporej ilości zrobiła zdjęcia z zamiarem znalezienia odpowiednich rozmiarów on line.
Na obiad poszliśmy do HEISEI.
Dziś w planach pakowanie, uzupełnianie zakupów, spacer na Celery Bog i odwiedziny dziewczyn z labu.
Kurczę. Fajnie tak o tym czytać. Az człowiek by sam chciał pojechac w podróż :)
OdpowiedzUsuń