Po wakacjach powrót do rzeczywistości był trochę przykry: zbliża się czas naszego - niestety - wyjazdu. Niektórych rzeczy będzie nam bardzo, ale to naprawdę bardzo brakowało, jeśli się nie uda wrócić do tego kraju.
W drodze powrotnej z roboty łapię się na tym, że biorę udział w wyścigu na ćwierć mili, na lewym pasie Ferrari. Pewne wyrównanie szans stanowi fakt, że na tym odcinku są co rusz zjazdy na parkingi przy punktach usługowych, sklepach i marketach, więc wszyscy rygorystycznie przestrzegają ograniczenia prędkości 40mph. Rozgrywki pozostają więc nierozstrzygnięte.
W robocie mam od jakiegoś czasu zajęcie dodatkowe, jakim jest kontrola na półkach dat przydatności i poprawnego ustawienia towaru. Robota głupiego, ale nie wiedzieć czemu dla nich to coś, czy może się zajmować co najmniej menedżer działu. Kręcę się więc po sali sprzedażowej, zamiast sobie siedzieć spokojnie na zapleczu; miałem z tego powodu nawet spięcie ze swoją samozwańczą przełożoną (ponieważ formalnie nikt nie wie, komu podlegam, ale ze struktury wynika iż pod spożywkę, a Valerie - pod część przemysłową sklepu). Kilka dni temu jakieś dziewczę dopytuje, gdzie może znaleźć jakiś towar - pomagam znaleźć, bo podczas mojego urlopu przestawione zostały wszystkie półki, i czasami nawet mnie jest trudno. Kwadrans później wychodzę, idę do samochodu gapiąc się w telefon, i słyszę znów "dziękuję!"; dziewczę skończyło zakupy i jeszcze widząc mnie na parkingu nie omieszkało raz powtórzyć.
Robiąc zakupy rozkładam sobie fotel w samochodzie, żeby te 3 siateczki nie fruwały po całym bagażniku. Wprawdzie nie udało się wykorzystać w czasie urlopu trzeciego rzędu foteli, ale i tak wyglądają bosko, czyż nie?
Widzicie ten puściutki pas, aż do mrugającego policyjnego Chargera? Takie są tu przepisy: jeśli tylko fizycznie jest miejsce, to do stojącego na poboczu samochodu, a zwłaszcza policyjengo podczas "pracy", ma być zostawiony wolny pas. I nie to jest najważniejsze: ale fakt, że czy w mieście, czy gdzieś na autostradzie - wszyscy się do tego stosują. Bezwzględnie.
A dziś pojechaliśmy do jeszcze jednego znalezionego tutejszego parku; wprawdzie praktycznie nie ma w nim ścieżek do spacerowania, ale za to było ciepło.
A tak poza tym, to jest jesień. Widać to po aktywności niektórych z tutejszych kościołów.
A póki nie jest jeszcze za zimno, miewamy na oknie gości.
W sklepach pojawiła się kolejna seria artykułów sezonowych. Może jakiś miłośnik muffinków się zainteresuje.
A to już naprawdę ostatnia fota, jeszcze z wakacji. Zainteresował mnie pomysł zwiedzania w ten sposób: oczywiście, zawsze potrzebne będzie jakieś pole kampingowe z toaletami, albo wręcz noclegi w cywilizacji; ale opcja wjechania sobie gdzieś w dziką głuszę i zanocowania tak po prostu (w parkach narodowych z reguły potrzebne jest tylko opłacone pozwolenie na zostanie na noc) jest jednak fascynującym pomysłem. No i byłby powód, żeby sobie kupić pickupa!
Ok, to ostatnie to był w zasadzie żart...









Idea ozdabiania muffinek nożami, tasakami itp jest urocza ;)
OdpowiedzUsuń