piątek, 7 października 2016

Wakacje, część pierwsza: Kansas


Wyjechaliśmy w poniedziałek rano. Pakowałam się niemal w biegu, gdyż po niedzielnym powrocie z konferencji... musiałam pójść do labu przygotować próbki. Wakacje wakacjami, ale Yamamoto-san musiał mieć przez te dwa tygodnie nad czym pracować.


Zaplanowaliśmy dwa dni na dotarcie w Góry Skaliste.


Pierwszego dnia głownie jechaliśmy. Z Lafayette do Wichita w Kansas. Ponad 12 h jazdy, niewiele postojów, bo i nie było gdzie się zatrzymywać. Widoki raczej usypiały, a GPS mówił 200 mil prosto, po to, by po dwóch zakrętach powiedzieć, że teraz będzie prosto przez 250 mil.



Dzień był bardzo ciepły a niebo niemal bezchmurne, prosta droga znudziła nas i rozleniwiła, ale coś mi nie pasowało. Wieczorem, kiedy objeżdżaliśmy Kansas City, zerknęłam na mapę pogodową. To co zobaczyłam trochę podniosło nam poziom adrenaliny. 
Nad niemal całymi Stanami pogoda była idealna. Tylko nad Missouri pojawiła się jedna rosnąca i zmierzająca na południowy zachód chmura. A na trasie chmury, z wyprzedzeniem, ogłaszano tornado watch. Mamy znowu się nie przejęły. Nie wiem czy to brak obycia, czy nerwy ze stali, ja wolałam włączyć lokalne radio. Jakoś wizja napotkania tornada w czasie jazdy, gdzie nigdzie nie można się chować, a w okolicznym terenie nie ma ani jednego zagłębienia niezbyt mi się podobała. 


Na nasze szczęście chmura zmieniła kierunek na południowy, a tornado chyba się ostatecznie nie uformowało. A jeśli już, to poszło w pola, bo nie słyszeliśmy o zniszczeniach. 

Kansas jest nudne. Potwornie nudne, płaskie i nijakie. I też mają kukurydzę. 


Całkiem sporo kukurydzy. 

Poza kukurydzą mają krowy. Całe mnóstwo. Ogromne stada trzymane tylko po to, żeby Amerykanie mogli na swoich talerzach mieć więcej mięsa, niż czegokolwiek innego. Nie wiem jak dla innych, ale dla mnie widok tych biednych zwierząt był potwornie przygnębiający. Kansas jako miejsce do zamieszkania odpada. Całkowicie i nieodwołalnie. 

Odnośnie pola kukurydzy, to akurat to jedno robiło za lokalną atrakcję, z możliwością wejścia w labirynt ścieżek - albo i bezpośrednio w zboże bez ryzyka skończenia z kulą w ... 
Trafilismy tam przypadkiem, drugiego dnia po południu. Zatrzymaliśmy się z resztą nie tyle dla pola kukurydzy, co dla pomnika, który zwrócił naszą uwagę. Nie mieliśmy pojęcia o jego istnieniu, po prostu w ostatniej chwili zjechaliśmy z drogi. 



Wiało jak diabli, ale to akurat nie było takie złe. Powietrze było suche jak w Nevadzie, a temperatuta w cieniu osiągała 38C. Ile było w tym słońcu, nie chciałam się zastanawiać. 
Na szczęście obok był klimatyzowany budynek Visitor Center i to w dodatku pet-friendly!
Była miska z wodą, recepcjonistka rozpływała się w zachwytach (tak to juz jest jak się chodzi z naszym suczydłem, że ludzie się zachwycają.)
Korlat mogła wejść z nami do sklepu i wybrać sobie pamiątki... 




Wcześniej zwiedzaliśmy Dodge City z westernowym Boothill muzeum. Ponieważ już wtedy było piekielnie gorąco, za gorąco na siedzenie z psem w samochodzie, czy nawet w parku na trawie, postanowiliśmy oddać Korlat na dwugodzinne przechowanie do lokalnego psiego hotelu przy klinice dla zwierząt. Nikt z nas nie był szczerze zadowolony z takiego rozwiązania, ale jednak dwie godziny odpoczynku od samochodu w klimatyzowanym pomieszczeniu były najlepszym, co mogliśmy naszemu psisku zafundować. Sami zaś - biegiem - poszliśmy zwiedzać. Po pierwszym dniu w całości w samochodzie należała się nam tez chwila jakichś atrakcji. Pierwszą było więzienie.





Była masa zdjęć, inscenizacji z wypchanymi zwierzętami i plastikowymi cowboyami, ale i prawdziwe eksponaty. 




Był też cmentarz i typowa zabudowa.







Ogólnie miejsce dość fajne. Sporą atrakcją cieszył się saloon, gdzie można było usiąść i napić się piwa, serwowanego przez gadatliwego barmana w odpowiednim stroju, niestety nie mieliśmy na to czasu. Raz, że przed nami była daleka droga, dwa, że mimo wszystko chcieliśmy szybko odebrać Korlat. Psica tak się ucieszyła na nasz widok, że odmówiła nawet spaceru i pobiegła do samochodu. 
A na koniec dowód, że Amerykanie potrafią zarobić na absolutnie wszystkim. 







1 komentarz: