piątek, 28 października 2016

Wakacje, część szósta: Jak przejeżdżaliśmy przez Złe Ziemie

Ostatni etap podróży wyszedł nam dłuższy niż było to w planach. Ale plan zakładał, że zamieszkamy po wschodniej, a nie zachodniej stronie Yellowstone. Wstaliśmy jeszcze w ciemnościach i ruszyliśmy na wchód.


Trasa jak trasa, bez szczególnych fajerwerków - długa i przeważnie autostradowa, ze względu na czas. No, może urozmaicenie stanowiły zmieniające się widoki, które w miarę upływu mil pod kołami pokazywały coraz to inny krajobraz: więcej będzie w albumach ze zdjęciami. Pierwszego dnia do przejechania było jakieś 600 mil czyli prawie 1000km do następnego noclegu. Po drodze mijaliśmy jeszcze mniej lub bardziej ciekawe punkty turystyczne, ale niestety nie było juz na nie czasu. Większość drogi to pusty przelot - odległości pomiędzy czymkolwiek wartym zobaczenia liczy się w całym w zasadzie kraju w setkach mil. Dopiero popołudniową porą dojechaliśmy do Rapid City w Dakocie Południowej. Samo miasto minęliśmy, nie było tam z resztą nic, co by nas mogło zainteresować. Za to za miastem, jakieś 20 mil dalej, mamy kolejną atrakcję typu plastikowego cyrku, czyli Mount Rushmore z popiersiami prezydentów. Podobno najważniejszych dla kraju. Nie świadczy to o nas chyba najlepiej, ale nie mieliśmy pojęcia którzy to. Nawet oglądanie niewiele dało: Wspólnie zidentyfikowaliśmy dwóch, co do trzeciego - mieliśmy wątpliwości. Ale już nazwisko czwartego zupełnie nam umknęło. Sprawdziliśmy już po wyjeździe: co do tych trzech (włączając niepewnego) mieliśmy rację. 



Oczywiście jest zakaz wchodzenia z psami, więc Korlat ma zdjęcie tylko sprzed bramy wejściowej. Ale się łapie, kolejny psiunkt wycieczki zaliczony na jej konto.



Po drodze natknęliśmy się na coś dziwnego: zjawisko na drodze było doprawdy fascynujące dla mieszkańców nadwiślańskiego kraju. Zwężenie na bocznej trasie,  którą przejeżdża może 1 samochód na minutę, w mało istotnym i bezpiecznym, (z widocznością na mile w obie strony) punkcie, tak że pozostaje dokładnie jeden pas ruchu. Przed zwężeniem - znak STOP. Tuż przed nami spod owego znaku STOP rusza samochód. Prowadziła Ewa, która w tym momencie zatrzymała się z wyraźnymi wątpliwościami co powinna zrobić dalej. No  dobra. Skoro już się zatrzymała, to czekamy na tych kilka samochodów, stojących przy znaku STOP po przeciwnej stronie zwężki. Tymczasem na zwężenie wjeżdża tylko jeden, pozostali zatrzymują się i czekają. Zza kierownicy dobiega niezbyt głośne i tylko lekko triumfalne "A jednak! Miałam rację!" Ruszyliśmy zgodnie z naszą kolejką, z podziwem patrząc jak za nami cały ruch odbywa się po jednej sztuce. Przecież był znak "STOP", a spod stopu pierwszy rusza ten, kto pierwszy do znaku dojechał. Zatem - na zmianę - jak przez skrzyżowanie. Koncepcja zafascynowała nas na dłuższą chwilę. Nie dlatego, że była bezsensowna. W tym miejscu naprawdę ruch jest znikomy i nie było szans na zakorkowanie trasy. Raczej dlatego, że wszyscy przestrzegali zasad i czekali na swoją kolej. Jakieś to było nienaturalne. 

Wieczorem wjechaliśmy do Badlands National Park, niestety (mimo iż udało się nam jeszcze nie przekroczyć linii zmiany czasu) na minuty przed zachodem słońca. Strefa czasowa miała o tyle znaczenie, że sprawdziwszy na aplikacji o której jest zachód najpierw się zmartwiliśmy, że dojedziemy w ciemnościach, później zaświtał nam promyczek nadziei, że może jednak nie. Przyjechaliśmy na minuty przed zachodem.  
Jedynym pożytkiem w tym wszystkim było zakurzenie samochodu na gruntowej drodze (w końcu kupiłem coś na kształt terenówki, coś nam się należy) i kilka zdjęć w kolorach zachodu. 



Tam przed nami jechał samochód, wzbijając w powietrze niesamowite ilości pyłu. Za nami chmura była dokładnie taka sama. 





Przejeżdżaliśmy przez park z planem "zrobienia" go rano, jako części drogi powrotnej ostatniego dnia, oraz świadomością iż właśnie skończyła się nam roczna przepustka do wszystkich parków narodowych, więc następnego dnia trzeba będzie zapłacić. Park nie jest duży ani znaczący, więc kwota była niewielka, a jakby nie liczyć, nasza przepustka zwróciła się nam od zakupu co najmniej dwukrotnie, więc nie było problemu.
Niedługo później dotarliśmy do hotelu.
Po kolacji, której porcje na wynos kolejny raz zaskoczyły nas kompletnie, i nakarmieniu Korlaty pieczonym kurczakiem, poszliśmy spać przed ostatnim dniem podróży. Na zwiedzanie Złych Ziem (i sklepów z pamiątkami) zeszło dobre 2 godziny.  Tymczasem trasa powrotna na ostatni dzień liczyła blisko 1000 mil i według googla powinna nam zająć 14 godzin jazdy...




Złe Ziemie faktycznie są złe. Teren praktycznie nie do przejścia. Istny labirynt. 





Poprzedniego dnia przeczytaliśmy, żeby się trzymać z daleka od piesków preriowych, bo mogą przenosić dżumę. Ale fotek z samochodu sobie nie odmówiliśmy:


Na fotki załapały się jeszcze owce wielkorogie,


i widłorogi amerykańskie.


A także kojot,


i takie coś. 



W samym parku ostrzeżeń przed dżumą nie było, ale były takie: 



Faktycznie, coraz gorsze nam się te ziemie wydawały. Na koniec jeszcze kilka fotek:









Czas w ostatnim zwiedzanym parku dobiegł końca. Trzeba było przyspieszyć. Dobrze, że mieliśmy trzech kierowców. Przy tych prostych, płaskich drogach jazda jest nużąca. Na tylnych fotelach poziom znudzenia był tak wysoki, że nawet film o parkach narodowych wydawał się interesujący. 



Lokalną ciekawostką w Południowej Dakocie była czerwona droga.  



Do domu dojechaliśmy około 1 w nocy. GPS samochodowy uparł się prowadzić nas na Skyway i wbiliśmy się w korek w Chicago. Na szczęście nie bardzo daleko była zawrotka i udało się nam z niego wyplątać, bo i na trzecią byśmy nie dojechali. Potem jeszcze tylko cholerna mgła, jak mleko miejscami - zupełnie nic nie widać podczas jazdy wzdłuż jeziora Michigan - i postępujące zmęczenie. Dobrze, że autostrady są tu przez wszystkich traktowane praktycznie jednakowo: żadnych kamikaze jadących ile fabryka dała.

Ostatecznie licznik w samochodzie pokazał: 



Cała trasa wyglądała mniej-więcej tak: 



Przejechaliśmy przez 12 stanów: Indiana, Illinois, Missouri, Kansas, Colorado, Utah, Idaho, Montanę, Wyoming, South Dakota, Minnesota, Wyoming (do Illinois i Indiany). 
A tak wygląda trasa wyjazdu nałożona na mapę Europy (w tej samej skali, rzecz jasna). Trochę kręcenia było, jakby nie patrzeć. 


Było zajefajnie. A to o czym zapomnieliśmy napisać, a przypomni się nam przy oglądaniu fotek dopiszemy jeszcze kiedyś.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz