wtorek, 25 października 2016

Wakacje, część czwarta: Wielki Żółty Kamień

Z green River ruszyliśmy w kierunku Salt Lake City. Trasa była obliczona na dowiezienie mamy Przemka do kościoła. Niby żaden problem...
Ehe, z kilku katolickich kościołów zaledwie jeden w Salt Lake City miał rozpisaną mszę o takiej porze, że dało się dojechać i nie było trzeba czekać 4 godziny. Znaczy większość (u nas w Lafayette również) kościołów ma jedyną mszę rano, czasami niektóre drugą pod wieczór. Tym razem jest jeden, ale przecież więcej nam nie potrzeba...
Podjeżdżamy pod niepozorny budynek, a tam pusto, cicho... Z boku z przydomowego ogródka całkiem niemałych rozmiarów, w którym bawią się głośno dzieciaki i siedzi grupa dorosłych, wychodzi jakiś człowiek. Coś w jego wyglądzie (marynarka?) sugeruje, że może mieć coś wspólnego ze znajdującym się tuż obok (nieogrodzonym) kościołem, i zaprasza nas na piknik. Zapanowała lekka konsternacja. Ale nic, próbujemy zrozumieć sytuację. Przemek tłumaczy, że na mszę przyjechaliśmy. W odpowiedzi słyszy: "A, nie... mszę zrobiliśmy sobie dziś wcześniej, teraz mamy piknik! Zapraszamy!"
Przy okazji: diakon czy kim tam był miał skórę w kolorze atramentu, a planowana msza (dość przypadkowo, ale potencjalnie ciekawie) miała być afrykańska. Dwa tygodnie wcześniej mieli meksykańską.
Grzecznie podziękowawszy ruszyliśmy w dalszą drogę. na trasie było jeszcze Idaho Falls z kilkoma kościołami i bardziej typową na mszę porą - około 17.



Na szczęście do Idaho Falls dojechaliśmy na czas. Wysadziliśmy mamę Przemka przy kościele, a sami pojechaliśmy do parku, żeby wyspacerować Korlatę i zorganizować coś do zjedzenia. To zadanie również było utrudnione. Gusta smakowe oraz alergia i nietolerancja pokarmowa nie idą w parze Nigdy. Tym razem miało smakować wszystkim, braliśmy na wynos. No to co? No to sushi i pierogi. Dokładniej ravioli, ale było wystarczająco blisko życzeń żywieniowych.

Na miejsce znów dojeżdżaliśmy po nocy. Ostatni kilometr dziurawą drogą gruntową. Jedna dobra rzecz: dokładnie wiedzieliśmy gdzie jechać, a na dziurawej gruntówce były skrzyżowania i tabliczki z nazwami ulic. Dość zabawnymi z resztą.* Po wyjściu z samochodu... domek, jak domek. Ale ile gwiazd było tam widać! Nie pamiętałam jak pięknie wygląda Droga Mleczna. Zamiast się rozpakowywać staliśmy z zadartymi w górę głowami. Przemek tylko przez chwilę. Logicznie uznał, że widok bardzo się nie zmieni w czasie rozpakowywania. 

Domek. Domek był rewelacyjny. W skrzynce z kodem czekały na nas klucze, wcześniej pobraliśmy aplikację, dzięki której cały proces wynajmu był możliwy i na którą przychodziły wiadomości: Jak trafić, na co uważać (niedźwiedzie buszujące w koszu na śmieci) i tak dalej.
Dwie sypialnie, całkiem przyjemny pokój połączony z kuchnią, taras... A w kuchni absolutnie wszystko czego potrzeba. Nie tylko noże, sztućce (a my kolekcjonowaliśmy plastikowe z fastfoodów, bo kupić mniej niż 100 się nie dało) i talerze. Mikrofalówka, zmywarka do naczyń, zestaw garów. Nawet mikser, gdyby ktoś miał fantazję upiec ciasto, na przykład. Poza tym pralka z suszarką. Wypas po poprzednich pokojach, gdzie wodę na herbatę gotowaliśmy przepuszczając ją przez ekspres do kawy...

Ale ja tu piszę o bzdetach, a Wy chcecie fotki. Będę pisać szybciej. Wylądowaliśmy po zachodniej stronie parku tylko dlatego, że na wschodniej nie było nic fajnego do wynajmu a to co było, było daleko od parku. 
Okazało się, że do samego parku, który w większości leży w Wyoming musimy jechać... przez Montanę. Przypominam: śpimy w Idaho, więc każdego dnia zwiedzamy 3 stany.


No dobra. A co w Yellowstone? 
Pierwsze co zobaczyliśmy w Yellowstone, to był bizon. Jeden i bardzo daleko. W tym miejscu dostałam ochrzan, bo zapomniałam teleobiektywu... Pstryknęłam kilka fotek, licząc, że dzięki dużej matrycy coś się uda powiększyć i wykadrować, tak by kropka miała bardziej bizonowy kształt. Niepotrzebnie. 
Kawałek dalej znów były bizony. Więcej. I znacznie bliżej. 



Potem krówki (jak je ochrzciliśmy) przestały być interesujące, skupiliśmy się na polowaniu na coś występującego rzadziej niż wszechobecne bizoniki. Po drodze czasami okazywało się, że te ostatnie lubią spacery po asfalcie, a w każdym razie nie przeszkadzają im przydrożne płotki.


Jako, że "Krówki" potrafią być szorstkie w obyciu lepiej było nie pchać się w ich stado. Nie przeszkadzało nam to. 

Z późniejszych polowań, które czasami wymagały wykorzystania dziury w dachu naszego psiamochodu:






Park jest... olbrzymi. Przejazd w poprzek, czyli z naszej zachodniej strony na wschodnią to w zasadzie pół dnia jazdy. Żeby zrobić wycieczkę do Grand Teton National Park (który leży niedaleko, zaraz na południu) - tam i nazad schodzi prawie dzień jazdy. Nadchodząca jesień skracała nam użyteczny czas przeznaczony na obserwację i robienie zdjęć, niestety.
Poza tym oczywiście oglądaliśmy pasjami dziury w ziemi ziejące dymami i (głównie) parą wodną. Wraz z dziurami ziejącymi błockiem dają w całości dość imponującą kolekcję zdjęć (a jeszcze większą, gdyby się ktoś uparł zobaczyć nieco więcej, niż tylko trochę w biegu, jak my).
Wszystkich sfotografowanych tu nie zmieścimy, ale wrzucimy kilka poglądowo. 

 







Tak, najsłynniejsze kolorowe źródło też będzie. Oto ono. 







Miejscami bywa zabawnie, np stwierdzenie strażniczki przy spostrzeżonym w gorącej (naprawdę gorącej) wodzie pojedynczym odcisku wilczej łapy, iż zwierzak łażący wcześniej po drewnianych podestach postanowił skrócić sobie drogę, ale szybko zmienił zdanie.

      




Jak we wszystkich parkach narodowych, ze względu na ochronę zwierzyny, nie wolno łazić z domowymi zwierzakami. Pierwszy dzień dzień piesa pojechała z nami, później została pilnować domku, później jeszcze raz wzięliśmy ją ze sobą. W samochodzie Korlat głównie śpi, ale nie jest z pewnością wypoczęta. Problem z zostawianiem jest taki, że to jednak większa część dnia, a psu należy się i wyjście, i trochę naszego towarzystwa i przede wszystkim trzeba podać jej antybiotyk. Czasem udało się nam zejść z chodnika spacerowego przy parkingu zrobić kilka psich fotek. 






Przy okazji robienia tej fotki usłyszałam od przechodzącego faceta, że mój pies jest grzeczniejszy od większości dzieciaków w okolicy. 


Jak już wspomnieliśmy przy okazji Yellowstone zahaczyliśmy o położony niedaleko park Grand Teeton. Młode, ostre szczyty wyglądały pięknie. Niestety Słońce nie chciało współpracować i ze względu na fatalne oświetlenie zdjęcia również wyszły dość blade. Ale żeby nie mieszać, Grand Teeton opiszę następnym razem. 

Pomimo ostrzeżeń:


ludziska potrafią być tak głupi, żeby zabawiać się towarzystwem bizona z odległości raptem 3-4 stóp. Nie widząc ciężko uwierzyć. My widzieliśmy. Znudzeni bezustannym towarzystwem krówek usilnie wypatrywaliśmy do kompletu jeszcze misia i łosia: 
Z tym pierwszym się udało, z drugim juz nie. 

Podpytana strażniczka na wyjeździe z Grand Teton NP powiedziała, że łosie gdzieś daleko południu teraz siedzą; ale nie mieliśmy już czasu na kolejną wycieczkę w tamtą stronę. Tymczasem misiek trafił się nam z bardzo daleka, naprawdę bardzo. Kilka osób fotografowało go z obiektywów rozmiaru luf armatnich, przy których nasze 200mm wygląda jak zabawka. Mimo wszystko coś się udało, mimo że zwierzak zaprezentował kompletny brak zainteresowania turystami, i większą część czasu spacerował zwrócony do nas zadkiem.


Ostatniego dnia szukaliśmy jeszcze warsztatu na zmianę oleju, bo mimo mojej prośby przed wyjazdem mechanik zalał taki na 3000 mil, przez co straciliśmy kupę czasu. W zamówionym dzień wcześniej warsztacie ze stoickiem spokojem oznajmili mi, że dzień wcześniej mimo zamówienia nie dowieźli im filtra do Mountaineera. Ostatecznie musieliśmy trochę skrócić (dopisek kierowcy: ale o co najmniej dwa fajne odcinki bez asfaltu, chlip...) jazdę i wrócić do miasta przed wieczorem. Mimo tego dzień również obfitował w widoki, ponieważ tym razem wyjechaliśmy z kaldery wulkanu i skierowaliśmy się na górzystą północną stronę parku.

W końcu przyszedł czas pożegnać się (w zasadzie) z parkami na ten rok, spać poszliśmy  spać wcześnie, już spakowani - następnego dnia ze względu na odległość do domu, zwiększoną mieszkaniem po zachodniej stronie parku - opuściliśmy domek w środku nocy. Z tego tez powodu szybciej było objechać park dookoła, niż ryzykować spotkanie z bizonami po ciemku na ich terenie. Skierowaliśmy się zatem na Północ. 

* - znaczy: zjeżdżamy np. w Winchester, potem można przez Patterson Road i po kolejnym skręcie w Remington Drive, ale jakby się pomylić, to i przez Browning Rd da się zawrócić; jedyną przez którą nie przejeżdżamy, jest  sąsiednia Colt Rd...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz