wtorek, 18 października 2016

Wakacje, część trzecia: Przez góry i pustynię - Arches NP, Utah

Przedostatniego dnia w Górach Skalistych (Parku Narodowym) szliśmy spoceni, w upale nieomal, żeby zaliczyć jednak jakiś kawałek trasy na butach. Następnego wieczorem zaczął sypać lekki śnieżek, a poranek przywitał nas - tuż przed wyjazdem - zamarzniętymi szybami w samochodzie.


A, na wypadek gdyby ktoś się wybierał do tego parku, to spotkane turystki odradzają kategorycznie wschodnią stronę, jako coś na kształt naszych Krupówek (widzieliśmy podczas przejazdu na drugą stronę, faktycznie - mała miejscowość, kupa sklepów dla turystów, korki!) - porównanie własne - a dla korzystania z dobrodziejstw przyrody zalecają przypadkowo wybraną przez nas, zachodnią.

Dalszą podróż zaplanowaliśmy sobie z rekompensatą: ponieważ wjeżdżaliśmy w okolice Rocky Mountains w nocy i ominęły nas widoki od Denver do Granby przez pasmo górskie, zrobiliśmy tą trasę jeszcze raz o poranku ostatniego dnia. Było warto, chociaż przymrozek i szklisty asfalt na pętlach nieco psuł przyjemność z jazdy.


Trasa na ten dzień prowadziła mniej-więcej jakoś tak: z Grand Lake w Colorado do Green River w Utah, po drodze objechaliśmy jeszcze Arches National Park.











Dalej przez góry było jeszcze ciekawiej: w zasadzie początki zimy, wiatr, śnieg, ostrzeżenia o łańcuchach dla ciężarówek. Najbardziej spodobały się nam nie tylko widoki, ale też rampy hamulcowe dla wielkich ciężarówek, na wypadek gdyby "skończyły" się hamulce podczas zjazdów.



Przy okazji: na podjazdach obowiązuje je korzystanie ze świateł awaryjnych, jako pojazdów poruszających się znacznie wolnej, niż obowiązujące ograniczenia. Na początku ten przepis nas zaskakiwał, potem przywykliśmy - przydatne jest wiedzieć, że ciężarówka prawie stoi, kiedy zbliżasz się do niej 70mph.

Potem już zjazd z gór, jakaś tam rzeczka Colorado, przez którą kilka razy przejeżdżamy, no i trochę pustkowi zwiastujących zbliżanie się do pustyń Utah. Widoki zaczynają przypominać Arizonę, Nevadę i okolice Wielkiego Kanionu, czyli prawie jakby znajome.






Przed wieczorem docieramy na zwiedzanie Arches NP, kolejnego na liście, na który sam naciskałem ze względu na fantastyczne formacje skalne. Park wygląda tak:











W trakcie zwiedzania wysyłamy na spacer Mamy, które wobec braku w zasadzie oznaczeń szlaków, prawie nam się gubią. Telefony nie działają, oczywiście, o czym warto pamiętać.








Ostatecznie odnajdują drogę w umówione miejsce. Warto jednak wiedzieć co oznaczają kopczyki kamieni na pustkowiu.
My w tym czasie zwiedzamy z Korlat okolice w które wolno nam wejść w psem.


Później jedziemy dalej. Zachód słońca już blisko, spieszymy się, żeby nie stracić widoków.









Finalnie zmęczeni ale zadowoleni z widoków, zwłaszcza tuż przed zachodem słońca (jak na Zabriskie Point w Dolinie Śmierci), dojeżdżamy kilkadziesiąt kolejnych mil do motelu. Odległości w tym kraju powalają: kilka godzin jazdy z Gór Skalistych to była jedna z mniejszych tras w czasie tej wycieczki; pomiędzy byle miasteczkami, żeby znaleźć nocleg, trzeba liczyć godzinę jeśli nie więcej.

Przy okazji sprawdzamy wiarygodność internetowych opinii nt. restauracji: polecana meksykanska okazuje się... przyczepą przy parkingu dla ciężarówek. Jemy obiad w lokalnej, przy rzece, z widokiem już niestety w ciemności. Wiszący na ścianie napis z żarówek głosi iż są dumni ze swojego "wieśniactwa". Witamy w małych miasteczkach USA.

Następnego dnia odpuszczamy ze względów czasowych zwiedzenie jeszcze jednego (albo nawet dwóch) znajdujących się tuż przy łukach parków i lecimy przez Salt Lake City do kolejnego wielkiego zwiedzania, Yellowstone, a raczej domku w górach z widokiem na Drogę Mleczną.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz