W piątek na liście mailowej weterynarii znalazł się taki to mail:
"Cześć wszystkim, gdzieś zapodziałam swojego iphone'a. Ma wyciszony dźwięk i in mogę go znaleźć... Jest w różowym etui a na zablokowanym ekranie jest zdjęcie mojego synka.
Gdyby ktos go znalazł, proszę o podrzucenie na blok operacyjny tu i tu..."
po 30 minutach :
"Telefon znaleziony, dziękuję".
Powiem szczerze, jakoś mnie to zaskoczyło.
A, właśnie. W temacie studentów. Z ich pojawieniem się Walmartowy parking praktycznie się zapełnił. Do sklepu nie chodzę, ale podobno standardem są wyczyszczone półki z mlekiem i czymś jeszcze. W pierwszy weekend na mój telefon przychodziły jedno za drugim ostrzeżenie: O napaści na tle seksualnym, o napadzie na sklep i o podejrzanej paczce. - Trzy jednego dnia, czyli tyle ile przez ostatnie 4 miesiące.
Ale najbardziej szokujące jest coś innego: wczoraj były na ulicach KORKI! W West Lafayette!
Jak już przy ruchu drogowym jesteśmy, to Paul mówił, że rano widział 6 samochodów zatrzymanych przez policję. Skomentował krótko: To nie jest problem że jeżdżą nieprawdopodobnie drogimi samochodami. Problem jest w tym, że jeżdżą za szybko i ignorują znak STOP. Ale góra tydzień - dwa i się nauczą.
A, właśnie. W temacie studentów. Z ich pojawieniem się Walmartowy parking praktycznie się zapełnił. Do sklepu nie chodzę, ale podobno standardem są wyczyszczone półki z mlekiem i czymś jeszcze. W pierwszy weekend na mój telefon przychodziły jedno za drugim ostrzeżenie: O napaści na tle seksualnym, o napadzie na sklep i o podejrzanej paczce. - Trzy jednego dnia, czyli tyle ile przez ostatnie 4 miesiące.
Ale najbardziej szokujące jest coś innego: wczoraj były na ulicach KORKI! W West Lafayette!
Jak już przy ruchu drogowym jesteśmy, to Paul mówił, że rano widział 6 samochodów zatrzymanych przez policję. Skomentował krótko: To nie jest problem że jeżdżą nieprawdopodobnie drogimi samochodami. Problem jest w tym, że jeżdżą za szybko i ignorują znak STOP. Ale góra tydzień - dwa i się nauczą.
Weekend minął nam tak sobie. Przemek pracował, ja się trochę uczyłam. W sobotę była impreza u Paula: grill. Trochę mi to nie było po drodze, bo ani mięcha nie jem, ani grill specjalnie z moja astmą nie współgra... A raczej współgra z astmą, nie współgra z drożnością dróg oddechowych.
Ostatecznie poszłam do towarzystwa i dlatego, że wypadało. Poznałam uroczą żonę Euwiona, męża Kathy i jeszcze dwóch innych profesorów. Z jednym pół godziny rozmawialiśmy o motocyklach.
Ostatecznie poszłam do towarzystwa i dlatego, że wypadało. Poznałam uroczą żonę Euwiona, męża Kathy i jeszcze dwóch innych profesorów. Z jednym pół godziny rozmawialiśmy o motocyklach.
Z zabawnych sytuacji: Paul uparł się, ze przyniesie mi wino albo chociaż wodę. Po chwili wrócił i z zakłopotaną miną i wręczając mi kubek z wodą i lodem, powiedział "Przepraszam, ty jesteś z Europy a ja nałożyłem lodu jak Amerykanie. Za długo już tu mieszkam". Oczywiście wywołało to wybuch ogólnej wesołości. Ale jest faktem, że lokalesi bardziej dodają napoju do lodu, niż lodu do napojów.
Rodzice przylatują 3 września. Wciąż nie mamy drugiego łóżka - zostało zamówione i ma dotrzeć dokładnie tego dnia co sami rodzice. Mam nadzieję, że dostawa się nie opóźni.
Przygotowujemy się powoli do wakacji. Sprawdziłam przeloty, ceny noclegów, ceny wynajmu samochodu (jak się ma tutejsze prawko i ubezpieczenie to faktycznie nie ma tragedii. Dla przypomnienia: za najtańszy dostępny samochód jadąc po Przemka i Korlat zapłaciłam ponad 100$ za jeden dzień). Przeglądnęliśmy dostępne miejsca noclegowe. A jak będzie naprawdę - dowiemy się na miejscu.
Do Las Vegas wylatujemy z Indianapolis o godzinie 4 pm. Lot trwa tylko godzinę, bo o 5pm będziemy na miejscu. Ewidentnie samolot musi lecieć z wiatrem i dlatego tak szybko, bo droga powrotna zajmuje znacznie dłużej. Silny ten wiatr musi być. ;)
Do Las Vegas wylatujemy z Indianapolis o godzinie 4 pm. Lot trwa tylko godzinę, bo o 5pm będziemy na miejscu. Ewidentnie samolot musi lecieć z wiatrem i dlatego tak szybko, bo droga powrotna zajmuje znacznie dłużej. Silny ten wiatr musi być. ;)
W tym tygodniu muszę udać się do Blair Animal Cninic oglądnąć część hotelowo - geriatryczną. Tam umieścimy Kolrat na dwa tygodnie urlopu: raz, że w wieku 9 lat się już na takie miejsce łapie, dwa, że jako autystyk zapewne będzie wolała spokojne towarzystwo zamiast rozbrykanych szczeniaków. No i trzy - tam są większe dystanse między klatkami, a nasze psisko wciąż nie jest całkiem zdrowe. Przed wyjazdem chcemy oddać ją tam na próbę.
Niestety nie ma opcji, żeby zamieszkała u kogoś ze znajomych, a ludzie z weterynarii nie wezmą jej (każdy z innego powodu).
Tymczasem problemy mięśniowe powoli zanikają: Wczoraj nasz cielak bardzo nas ucieszył spaniem na grzbiecie (niestety tylko raz i nie bardzo długo, ale zawsze to coś). A później położyła się na dywanie i wlepiła we mnie wzrok. Pomyślałam, że patrzy tak smutno, to może chce towarzystwa. Ledwo do niej podeszłam, Korlat wstała i poszła się położyć gdzie indziej. No i niech mi ktoś powie, że mój pies nie jest autystykiem.
Maybe czuje się świetnie w nowym domu. Już pierwszej nocy spała z nową panią. Ze mną też próbowała pierwszej nocy ale po 20 min. uciekła. Nie zdziwiłabym się, gdyby ucieczka nastąpiła pod wpływem Korlackiego spojrzenia.
Widziałam fotki z jej nowego domu. Cieszę się, że jest jej tam dobrze.
Wydaje się, że nareszcie udało mi się przeprowadzić znienawidzoną już reakcję chemiczną z dobrą wydajnością.
Niestety zużycie odczynników w tym celu jest absurdalnie wysokie, ale nic nie poradzę. Tak już musi być, inaczej po prostu nie wychodzi.
Porównując wszystkich szefów we wszystkich miejscach pracy, najwięcej szczęścia miałam do tych uczelnianych.
Mój obecny szef jest zupełnie inny niż poprzedni. Który lepszy? Nie da się jednoznacznie odpowiedzieć. Poprzedni był rzeczowy ale i bardzo życzliwy, pomimo klasycznego w Polsce dystansu pomiędzy profesorem i wszystkimi poniżej. Miał swoje wady, czasem doprowadzał mnie do furii. (Zwłaszcza z tempem pisania publikacji. ten ostatni etap jeszcze się dla mnie nie zakończył, jeszcze mamy coś do napisania.) Ale miał styl i klasę. A do tego złośliwe poczucie humoru. Pomógł mi kiedy potrzebowałam zarobić na kredyt, na koniec utrzymał ćwiartkę etatu, która dawała mi ubezpieczenie zdrowotne. I pomógł trafić tutaj. Nawet rozmowę kwalifikacyjną przez internet prowadziłam z jego gabinetu, żeby nikt mi nie przeszkadzał, a on sam siedział na korytarzu. Sprawdzał poprawność listów motywacyjnych kiedy szukałam postdoca. Zwyczajowy obiad z recenzentami i promotorem? Zwykle zapraszają świeżo upieczeni doktorzy, ale mój szef uznał, że to zły zwyczaj, bo co taki doktor zarabia? I sam nas wszystkich zaprosił.
Paul jest inny. Od początku jesteśmy na ty. Mimo, że dla mnie przestawienie się nie było proste. Od początku poziomem dowcipnych złośliwości bije poprzedniego szefa na głowę - ale to właśnie wynik zupełnie innej płaszczyzny rozmowy. O jego podejściu do przedmiotów materialnych w jego własnym posiadaniu (jak van, samochód) już pisałam.
Ale wczoraj miał naprawdę niezły dzień.
Przyszłam do pracy spóźniona, bo rano... poszłam do fryzjera. No co? Są rzeczy, które ustala się na godzinę i niestety zazwyczaj w godzinach pracy i takie, które można zrobić za chwilę. Tak więc dotarłam skoro świt o 12:30. Zaraz zabrałam się do pracy bo po wynikach z dnia poprzedniego chciałam powtórzyć swój wyczyn albo i jeszcze go poprawić. Ale zanim zaczęłam pierwszy etap reakcji, do labu wszedł szef. Spojrzał na mnie i spytał, czy idziemy na lunch. Odpowiedziałam, że nie, bo pracuję. Na to on "chodź, zrobisz później". Głupio mi było, więc powiedziałam tylko, że późno przyszłam i szkoda mi czasu, a on machnął ręką "Ja też całe rano biegałem w różnych sprawach, chodź." No dobra. Można mieć wyrzuty sumienia z powodu obsuwy w pracy. Ale kiedy sam szef bagatelizuje sprawę i namawia do złego? Złapaliśmy jeszcze Valeriego (nikogo innego nie było - jak się później okazało Kathy i Jennie też wybyły na lunch do downtown) i pojechaliśmy do restauracji. Na koniec, jakby było mało wszystkiego dobrego, Paul za nas zapłacił.
Po powrocie było za późno na cały cykl doświadczenia, więc... wyszłam wcześniej. Joshua miał swój weekend, więc miło było wrócić do domu przed 5.
Po wylocie z gabinetu dostałama drugie biurko i teraz moje miejsce pracy wygląda tak:
Wydaje się, że nareszcie udało mi się przeprowadzić znienawidzoną już reakcję chemiczną z dobrą wydajnością.
Niestety zużycie odczynników w tym celu jest absurdalnie wysokie, ale nic nie poradzę. Tak już musi być, inaczej po prostu nie wychodzi.
Porównując wszystkich szefów we wszystkich miejscach pracy, najwięcej szczęścia miałam do tych uczelnianych.
Mój obecny szef jest zupełnie inny niż poprzedni. Który lepszy? Nie da się jednoznacznie odpowiedzieć. Poprzedni był rzeczowy ale i bardzo życzliwy, pomimo klasycznego w Polsce dystansu pomiędzy profesorem i wszystkimi poniżej. Miał swoje wady, czasem doprowadzał mnie do furii. (Zwłaszcza z tempem pisania publikacji. ten ostatni etap jeszcze się dla mnie nie zakończył, jeszcze mamy coś do napisania.) Ale miał styl i klasę. A do tego złośliwe poczucie humoru. Pomógł mi kiedy potrzebowałam zarobić na kredyt, na koniec utrzymał ćwiartkę etatu, która dawała mi ubezpieczenie zdrowotne. I pomógł trafić tutaj. Nawet rozmowę kwalifikacyjną przez internet prowadziłam z jego gabinetu, żeby nikt mi nie przeszkadzał, a on sam siedział na korytarzu. Sprawdzał poprawność listów motywacyjnych kiedy szukałam postdoca. Zwyczajowy obiad z recenzentami i promotorem? Zwykle zapraszają świeżo upieczeni doktorzy, ale mój szef uznał, że to zły zwyczaj, bo co taki doktor zarabia? I sam nas wszystkich zaprosił.
Paul jest inny. Od początku jesteśmy na ty. Mimo, że dla mnie przestawienie się nie było proste. Od początku poziomem dowcipnych złośliwości bije poprzedniego szefa na głowę - ale to właśnie wynik zupełnie innej płaszczyzny rozmowy. O jego podejściu do przedmiotów materialnych w jego własnym posiadaniu (jak van, samochód) już pisałam.
Ale wczoraj miał naprawdę niezły dzień.
Przyszłam do pracy spóźniona, bo rano... poszłam do fryzjera. No co? Są rzeczy, które ustala się na godzinę i niestety zazwyczaj w godzinach pracy i takie, które można zrobić za chwilę. Tak więc dotarłam skoro świt o 12:30. Zaraz zabrałam się do pracy bo po wynikach z dnia poprzedniego chciałam powtórzyć swój wyczyn albo i jeszcze go poprawić. Ale zanim zaczęłam pierwszy etap reakcji, do labu wszedł szef. Spojrzał na mnie i spytał, czy idziemy na lunch. Odpowiedziałam, że nie, bo pracuję. Na to on "chodź, zrobisz później". Głupio mi było, więc powiedziałam tylko, że późno przyszłam i szkoda mi czasu, a on machnął ręką "Ja też całe rano biegałem w różnych sprawach, chodź." No dobra. Można mieć wyrzuty sumienia z powodu obsuwy w pracy. Ale kiedy sam szef bagatelizuje sprawę i namawia do złego? Złapaliśmy jeszcze Valeriego (nikogo innego nie było - jak się później okazało Kathy i Jennie też wybyły na lunch do downtown) i pojechaliśmy do restauracji. Na koniec, jakby było mało wszystkiego dobrego, Paul za nas zapłacił.
Po powrocie było za późno na cały cykl doświadczenia, więc... wyszłam wcześniej. Joshua miał swój weekend, więc miło było wrócić do domu przed 5.
Po wylocie z gabinetu dostałama drugie biurko i teraz moje miejsce pracy wygląda tak:
Z jednej strony chemia, z drugiej praca koncepcyjna.
Dodatkowo dostała mi się pod opiekę bardzo zdolna doktorantka, tak więc mam dodatkową pomoc.
Cieszę się, że z rekajcą się udało. No i przede wszystkim z tego, że u Korlat widac jakieś oznaki poprawy. Trzymam dalej za nią kciuki :)
OdpowiedzUsuń