Czasami mam wrażenie, że Ameryka żyje kupowaniem. Ja wiem, że nasze ostatnie tu pół roku to ciągle a to pościel, a to łóżko, telewizor, drukarka (o niej jeszcze będzie), czy w końcu ekspres do kawy - ale my tu przyjechaliśmy mając po jednej walizce na łapę (naszą, nie liczę do noszenia walizek psich łap). No i ciągle coś by wypadało uzupełnić, żeby nie mieszkać w pustych ścianach, albo nie narzekać na brak możliwości tak podstawowej, jak wydrukowanie czegoś. Czegokolwiek.
Tymczasem jednak - aczkolwiek ładnych kilka(naście) dni temu spotkałem na zakupach Prawdziwego Łowcę Okazji. Próbował mnie przy półce przekonać, że w sąsiednim sklepie (skromne dwie czy trzy mile dalej) mają ten sam tarty żółty ser kilka (no, może czterdzieści kilka) centów taniej na paczuszce; grzecznie odpowiedziałem, że to nie ma dla mnie znaczenia. Trochę wyglądał jak skrzyżowanie hippisa (opaska na włosach) z hipsterem, zabawny z pękiem gazetek reklamowych i koszykiem, w którym było asortymentowo kilka rzeczy, za to po kilka opakowań - bo taniej. Ciekaw byłem potem przez chwilę, ile na przykład z tego sera zdąży zjeść, zanim się przeterminuje. Nie wyglądał na konsumpcjonistę, wagowo też był znacznie poniżej amerykańskiej średniej. Ot, ciekawy człowiek w zwykłym miejscu (moim pracy).
Zdjęcie na górze to akcja "powrót do szkoły" (u nas - do college'u) w markecie. Pod hasłami - chipsy...
Jajka z półki. Tego, że "pudełeczka" handlowe mogą mieć po 5 tuzinów, pewnie się mogliście domyśleć, na podstawie wcześniejszych opisów tutejszych półek sklepowych. Ale zamiłowanie do "przygotowywania" z półproduktów (albo wręcz gotowców, tylko do upieczenia na przykład trzeba ciastu wyłożyć z puszki) prowadzi już do absurdów - gotowe jajka w pudełkach jak na mleko, zmieszane na jajecznicę. Nie dla mnie - lubię wyłącznie taką zamieszaną, dopiero kiedy już białko jest prawie ścięte.
A tu najmniejsze opakowanie Pilsnera, jak już chcieliśmy takie kupić. Z reguły piwo jest w sześciopakach, ale tym razem jedynym dostępnym rozmiarem był tuzin.
Ciekawostek może się trafić więcej. Ostatniego mojego dnia pracy na nocnej zmianie, przysłuchiwałem się rozmowie gości, z których jeden (w koszulce z napisem "niepełnosprawny weteran - nie drażnić") podzielił się informacją nt. ilości dziur w swojej skórze. Pięć! Znaczy dziur więcej, bo ta z wojska ma wlot na brzuchu i wylot na plecach, za to pozostałe "uzyskał" już w cywilu; jakaś na polowaniu, "bo kuzyn idiota", dwie w czasie - nie zrozumiałem dokładnie wyrażenia - "gier wojennych".
Ale nie jeździ TYM samochodem:
Ktoś jednak jeździ, i ponieważ widziałem go już co najmniej dwa razy na parkingu w środku nocy, to obstawiam iż któryś z pracowników. Aż jestem ciekaw, który; teraz się już pewnie nie dowiem. Na początku informacja miała niby być z opisem, że zdjęcia z przyczyn oczywistych nie ma, ale ponieważ się pojawił ponownie, skorzystałem z okazji do pochwalenia się okolicą i miłymi ludźmi z mid-westu.
Widok przez bagażnik naszego samochodu. Normalnie sedany mają odchylaną kanapę i możliwość przewiezienia czegoś dużego, tak awaryjnie. Nie amerykańskie. Bartek był zdziwiony, twierdził że już taz widział taką "dziurkę" z bagażnika do środka, ale sądził że to przypadek jednostkowy; najwyraźniej nie jest. O ten otwór rozbiliśmy się nieco przy próbie przywiezienia szafki pod telewizor; na szczęście auto i tak jest duże, więc weszła po prostu na kanapę i przedni (rozłożony) fotel, ale nie zmienia to faktu iż konstrukcja jest kuriozalna. Ani nic dużego - bo wąsko - ani nawet długiego - bo się nie zegnie, a górna krawędź nie puści - nie da się tym samochodem przewieźć. No tak, ale po co - tutaj jak ludzie mają coś do wożenia, to kupują po prostu większe auto; a jednorazowo wystarczy wypożyczyć ciężarówkę i wszystko się zmieści. Trzymajcie kciuki, żebyśmy się niedługo dowiedzieli, jak to wygląda z autopsji.
No, a opuściliśmy się z pisaniem, bo mieliśmy trochę zajęć domowych. Ubiegły łykend zajęliśmy sobie przywożąc z wizytą znajomego, który akurat odbywa szkolenie w centrali swojej firmy, dwa stany dalej. Tam i nazad 10 godzin jazdy, więc udało się go odebrać z Chicago podrzuconego przez kolegów. Zagadaliśmy chłopaka na amen, nic się nie udało mu odezwać. Ale było ciekawie pogadać (po ludzku) z kimś, kto na dodatek ma jeszcze "obce" zupełnie spojrzenie na tutejsze okoliczności życia, nawet w ograniczonym do wizyty dwumiesięcznej zakresie. Nie miał do czynienia wprawdzie choćby z wynajmowaniem mieszkania, ale za to już zakupy czy stosunki międzyludzkie go obejmują, więc bawiło nas jego zdziwienie.
Natomiast w samym Chicago zostałem piratem drogowym. No, nie - nie miałem bliskiego spotkania trzeciego stopnia z funkcjonariuszem policji, bo musiałby zatrzymywać wszystkie samochody. Ja jedynie dostosowałem się do warunków na drodze - i pojechałem w obie strony po autostradach okalających Wietrzne Miasto tak, jak tubylcy. Czyli 75 mph na ograniczeniu do 55, albo miejscami i lepiej. W końcu się trochę w Toyocie przewietrzyła chłodnica. Trzeba tylko uważać, bo mieliśmy jedno awaryjne hamowanie - na zjeździe zaczynał się korek, który "tak trochę przegapiłem", uśpiony szumem opon na betonie i jednostajną jazdą na tempomacie. Takie tam okoliczności lokalnej przyrody. Teraz czeka mnie jeszcze przed urlopem lektura przepisów drogowych trzech kolejnych stanów, w których będziemy.
Natomiast w samym Chicago zostałem piratem drogowym. No, nie - nie miałem bliskiego spotkania trzeciego stopnia z funkcjonariuszem policji, bo musiałby zatrzymywać wszystkie samochody. Ja jedynie dostosowałem się do warunków na drodze - i pojechałem w obie strony po autostradach okalających Wietrzne Miasto tak, jak tubylcy. Czyli 75 mph na ograniczeniu do 55, albo miejscami i lepiej. W końcu się trochę w Toyocie przewietrzyła chłodnica. Trzeba tylko uważać, bo mieliśmy jedno awaryjne hamowanie - na zjeździe zaczynał się korek, który "tak trochę przegapiłem", uśpiony szumem opon na betonie i jednostajną jazdą na tempomacie. Takie tam okoliczności lokalnej przyrody. Teraz czeka mnie jeszcze przed urlopem lektura przepisów drogowych trzech kolejnych stanów, w których będziemy.
Na koniec z tytułu posta. Od jakiegoś czasu szukałem drukarki, ale za drobne to można kupić tylko "plujki", a do nich mam uraz - przy sporadycznym korzystaniu wysycha atrament, generalnie nie nadają się do stania i czekania, aż będą przez chwilę potrzebne. Tym niemniej do tego celu szkoda było też dużo wydawać, ciągle mamy ważniejsze sprawy do sfinansowania. Poszukiwania na lokalnym serwisie typu "tablica" doprowadziły wprawdzie do znalezienia kilku ciekawych, ale znów koncept zakupu rozwalają jak nie odległości, to sprzedający, którzy milkną po kilku mailach i nie udaje się spotkać. W końcu - jest! Tanio, na miejscu, niby ma być mało używana. Zajeżdżamy na miejsce - w mieszkaniu bajzel aż nieprzyjemnie, ktoś się pakuje i chyba nie nawykł do porządku. Facet podaje drukarkę, szuka płyty ze sterownikami, dodaje nową paczkę papieru. W międzyczasie przyglądamy się niebiesko-żółtej fladze na ścianie i patrząc na rozpostarty na honorowym miejscu (na gwoździach) szalik z haftem Бандера rozważam, czy nawiązywać jakąś szerszą rozmowę, czy może lepiej bezpieczniej będzie nie... W końcu pozdrawiamy się po sąsiedzku, z uśmiechem. Chłopak bywał w naszym kraju, o ile teraz mnie pamięć nie myli głównie w górach; w szafie w tym płaskim kukurydzianym West Lafayette ma carvingi. Teraz jedzie na postdoca do Nowego Jorku. Na koniec mówi, że jakby był problem z drukarką, to odda kasę. Wracamy do domu - wszystko instaluję, wychodzi pusta kartka... Sprawdzam, po otwarciu kieszeni tonera w głębi przyciągają oko pomarańczowe końcówki zabezpieczające; drukarka faktycznie była mało używana (znaczy: wcale). Ot, ciekawostka.
Ostatni poranek w drodze z roboty ;)
Ostatni poranek w drodze z roboty ;)






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz