środa, 19 sierpnia 2015

Co jest z tymi ludźmi? Sick day(s) Przyjemny poranek przed załamaniem pogody, Zwrot urodzinowego prezentu

Od jakiegoś czasu kombinowaliśmy przeprowadzkę. Niby żadna sztuka: złożyliśmy papiery w nowym miejscu, zostaliśmy zaakceptowani jako potencjalni wynajmujący. Niby nic trudnego. Pozostało znaleźć kogoś, kto przejmie nasze mieszkanie na wynajem. (Tu umowy są tylko na rok, a więc nasza obowiązuje do grudnia. Jedyną opcją na jej wcześniejsze rozwiązanie jest znalezienie przez nas kogoś, kto wynająłby nasze mieszkanie. Co może pójść nie tak?
Okazuje się, że wynajęcie mieszkania dla niektórych osób jest niemożliwe. Już dwie osoby złożyły u Tylera papiery. Obie nie przeszły weryfikacji. W kilku przypadkach rozmowa urywała się na poziomie telefonicznej, bez oglądania mieszkania, pytaniem o weryfikację: czy jest konieczna. Po  potwierdzeniu, że tak, następowało zaś stwierdzenie: stwierdzeniem "Ech, to mnie się nie uda. Mam bad credit"
To aż szokujące jak wielu ludzi nie może przejść weryfikacji. A wydawałoby się, że powinno być prościej niż w Polsce. Tu nikt nie patrzy na zarobki, na rodzaj zatrudnienia, a nawet na to czy ktoś jest zatrudniony. Nie jest ważne ILE MA. Liczy się tylko to JAK tym co ma, zarządza. Czy płaci rachunki na czas, czy spłaca karty/pożyczki... Nic więcej nie trzeba. Tymczasem ludzie, którzy chcieli wynająć mieszkanie nie wyglądali na takich, którzy muszą oszczędzać. 
I teraz tak myślę: Czy to taki rodzaj biednych jak w Polsce? ("No tak, mam gdzie mieszkać i mam stary samochód, ale nie mam na kino, nie mam na wyjście na lody z dziećmi, starcza tylko na podstawowe rachunki.") Czy tylko ludzie kompletnie nieodpowiedzialni? 
Tak czy inaczej polegliśmy na poszukiwaniu następnego najemcy. Szkoda. Teraz jest pora przeprowadzek. Można było łatwo coś znaleźć. W grudniu może być jak rok temu: brak tych najlepszych mieszkań w ogóle lub dostępne tylko bardzo drogie. To o które staraliśmy się teraz uchodzi za jedno z najlepszych, a że jest trochę dalej od centrum, ma naprawdę fajną cenę. No trudno. Tu też nie jest źle. Największym problemem są schody (1 piętro daje się we znaki kiedy Korlat jest chora) i ohydna szafka z lustrem i światłem w łazience. Ale za to mamy najlepszą na świecie obsługę. I kominek - co nie jest typowe.

Dziś mam trzeci dzień chorobowego na słowo. Ponieważ infekcja jest ewidentnie wirusowa nie ma sensu umawiać się do lekarza. Po prostu siedzę w domu i liczę, że do jutra przejdzie. (I tak od piątku - choć w poniedziałek poszłam w zaparte, ze przeszło i poszłam do pracy. Nie wysiedziałam długo.)

Od kilku dni pogoda się zmienia. Upał zelżał, za to przechodzą burze. Jedną atrakcję mieliśmy w nocy, następna miała być około 3 pm. Jak to ładnie ujęli na weather.com, może na drodze frontu burzowego trafi się jakieś tornado albo dwa. Minęła 8 pm i nawet nie padało. Chmury znosi bardziej na wschód.

Po 5 przyszła pani po Maybe. Maybe dotrzyma towarzystwa starszej pani, która musiała uśpić swojego poprzedniego kota chorego na raka. Zaleta jest to, że z jedną z jej córek widuję się codziennie w uczelnianej kafejce, więc informacje z nowego domu nie będą problemem.
Zobaczymy jak się małe diablę zadomowi. Póki co u nas zrobiło się pusto i cicho. Nikt nie łazi pod nogami, nie miałczy o żarcie, nie próbuje się dostać do suszonego bizonika... Tylko w małej łazience pozostało trochę jej zapachu. Akurat tego chętnie się pozbędę.

Szkoda, że mały potwór nie mógł z nami zostać.





Jest z niej śliczota. A teraz muszę się się zastanowić co dać Korlacie w zamian...
Cóż, suszonego bizonika nigdy za wiele :)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz