Dawno już mieliśmy sogbie pożartować z regionalnych uprzedzeń i sposobu patrzenia na siebie Amerykańców, tak jak świat patrzy na nich i się śmieje - vide mapa świata wg. Amerykanów. Wiele nie udało się znaleźć, ale tak dla przykładu mapka niżej; zamiast naszego artefaktycznego pola kukurydzy opisuje wprawdzie nasze nowe miejsce pobytu jako "speedway" (w Indianapolis jest jeden z najsłynniejszych torów wyścigowych), ale i tak można trafić zabawne kwiatki.
Z lokalizmów skorzystaliśmy już z resztą na własny, rodzinny użytek - wszak teść dostał od nas (przeterminowaną) tablicę rejestracyjną z Kansas. Kierowcy z Sącza i okolicy wiedzą, jak to jest z blachami KNS...
Z lokalizmów skorzystaliśmy już z resztą na własny, rodzinny użytek - wszak teść dostał od nas (przeterminowaną) tablicę rejestracyjną z Kansas. Kierowcy z Sącza i okolicy wiedzą, jak to jest z blachami KNS...
Tu dla przykładu inna ciekawostka, znaleziona w lokalnej gazetce (chyba nawet Walmartowej, dla pracowników). Rozmiary porcji żywności sprzed pół wieku, w porównaniu do obecnych. Swoją drogą to ciekawostka tutejszego przemysłu: w Polsce czy Europie jak producenci chcą zwiększyć zyski ze sprzedaży - zmniejszają zawartość opakowań. To samo pudełko, tylko 10% mniej płatków śniadaniowych, ten sam słoiczek kremu, tylko denko o 1/3 wyżej niż optycznie powinno być. Przeciętny klient nie zorientuje się, że kupuje mniej płacąc tyle samo; zdziwi się co najwyżej że dawniej wystarczało mu na dłużej niż obecnie i zrzuci zapewne na swoje nawyki. Tymczasem tutaj przyjęto politykę dokładnie odwrotną: zwiększania zawartości opakowań. W końcu przy całym koszcie produkcji przemysłowej dodatkowe 10% zawartości opakowania, albo 14 bułek do hot-dogów zamiast wcześniejszego tuzina, to pestka w zalewie wydatków na marketing, opakowania, kosztów stałych produkcji, dystrybucji i sprzedaży. A klient zapłaci nieco więcej, bo przecież dostanie większe opakowanie. I nie zorientuje się biedak, że jest robiony w ten sposób w balona, bo kupuje coraz więcej czegoś, czego wystarczało mu w zupełności do tej pory mniej.
Z zestawienia gazetowego (brak na zdjęciu) najbardziej zaskoczyła mnie wielkow przeciętnej amerykańskiej kanapce. Ja wiem, że sam jadam przeważnie (jeśli już) dżem z kanapką, a nie zwyczajowo odwrotnie, ale w ciągu tych 50 lat z jednego plasterka mielonki przeszli tu średnio na DZIESIĘĆ plasterków wędzonego indyka...
Przestaje dziwić, że zamiast zwyczajowego "ćwierćfunciaka z serem" z marketowej półki w niezłym tempie znikają opakowania półfuntowych hamburgerów.
A to z naszych zakupów. W ogóle jest tu mnóstwo staroci, co przy całej - względnej - taniości produkcji przemysłowej jest wręcz dziwne. Ale oni chyba tak po prostu lubią, bo ta kuchenka była w magazynie z różnymi klamotami - powierzchnia większa od krakowskiego "Tesco", a wszystko zastawione w zasadniczej mierze po prostu śmieciami. Chyba ludzie potrzebują jakiegoś punktu zaczepienia w przeszłości, a że tej mają tu jakby mniej... Jedna z kobiet, która oglądała mieszkanie, nadała dzieciakom imiona indiańskie (a jak twierdzi Ewa, były wszystkie w kolorze hebanu). Za to nie stanowi zaskoczenia na drodze youngtimer z lat '50, albo coś podobnego.
W tym samym miejscu - zestaw kina domowego Sony w cenie dwóch flaszek (lepszej) whiskey.
Poprawność polityczna ponad wszystko czyli reklama z owcą z aparatem na zębach. I spróbuj tu opowiedzieć dowcip o murzynie. Ciągle z resztą nie wiemy do końca, jakie stosować określenie - najpopularniejsze chyba jednak, jak słyszę czasami w rozmowach, jest po prostu "black".
A to ze ściany Walmartu, latają takie. Szerokość stworzenia na zdjęciu - ciut więcej jak dłoń. Po jeszcze większych ćmach to takie podtrzymanie wzorca.
A teraz seria moich zadziwień Ameryką. Na pierwszy ogień - rower ze stojaka przed sklepem. Pal diabli rower, ale widzieliście kiedyś takie SIODEŁKO? Oni tu mają pod tym względem nierówno pod sufitem. W ślad za pomysłami na przeprowadzkę, wobec dość oczywistego (w istniejących warunkach) bezsensu kupowania drugiego samochodu, powziąłem myśl sprawienia sobie roweru. Dla odmiany od starego górala (dobrze służy, mam nadzieję, tato) - kolarzówkę, bo tu płasko, jazda i tak tylko po ścieżkach i ulicach. No i nie ma. Znaczy prawie nie ma. W sklepach, gdzie są dziesiątki modeli MTB, raptem kilka na wąskich kołach, z tego pojedyncze jedynie mają kierownicę "baranka", a taką sobie umyśliłem. No i te siodła... Nie wiem, skąd oni je biorą - żywcem nie widziałem ani jednego siodełka podobnego do mojego starego; wąskiego i twardego. Giorgio kiedyś krzywił się na myśl o jeżdżeniu na takim i chwalił swoje, szerokie i miękkie; ale tylko póki nie siadł na mój rower (oddać nie chciał). A tu - proszę, rower kanapowy.
Z szukania czegoś do kupienia (buty mi się "skończyły" w pracy) - kamuflarz po amerykańsku. Bywa jeszcze taki z różowymi lamówkami, albo w ogóle listki i drzewka na różowo.
A to już wspomniani sąsiedzi. Zdjęcie było zrobione z okna, w gruncie rzeczy żałowałem przy tym, że nie zdążyliśmy uwiecznić widzianego po drodze do Chicago (po Meda) kampera, z Jeepem Grand Cheeroki na holu. BigBoy, opisani przez Ciebie Niemcy, ciągnący na Bałkany kamperami ze Smartami na przyczepkach wysiadają. Albo może co kraj, to obyczaj. W każdym razie widzieliśmy takie cudo: wielki SUV (chociaż tu to klasa średnia), ciągnięty jako dodatkowe auto za kamperem wielkości autobusu. Widok wart zapamiętania. A taką przeprowadzkę jak wyżej też już kilka razy widzieliśmy; ot - kilka stanów do przejechania, to można się spakować. Ciężarówkę z przyczepką oddaje się w lokalnym oddziale firmy.
Sąsiedzi okazali się całkiem miłymi terrorys... Irańczykami. Wprawdzie nie dali się zaprosić na ciastko w ramach odpoczynku przy przeprowadzce, ale chyba się im nie dziwię, po pomocy w wypakowywaniu tego samochodu też miałem dość. Cała ciężarówka zaprana na równo, a oni zaczynali o 9 wieczór, sami we dwójkę... No, nie widziałem jakoś wynoszenia przez nich łóżek, więc pomogłem.
Zwizytowali nas w sumie raz na chwilę, pogadaliśmy (głównie Ewa) sobie o naszych krajach. Takie rozmowy powinny być rozpropagowane przed następnymi wyborami parlamentarnymi, ludzie dowiedzieliby się przez, a nie po fakcie, jak wygląda życie w kraju rządzonym przez religijnych fanatyków. Obowiązkowe muzułmańskie stroje do tylko zewnętrzny przejaw, ale sprawdzanie obecności na modłach i uzależnianie od religijnego zaangażowania prawa do studiów, czy innego udziału w życiu publicznym... Nie życzyłem sobie nigdy, żeby ktoś mówił mi jak mi wolno żyć. Obawiam się o losy naszego kraju, który może trafić w podobny zarząd.
I wracamy do tytułowego ćwierćfunciaka. No, jest bez sera - za to w formie pierwotnej. Zdjęcie pudełkowego może wkleimy z Las Vegas.
A fota z mojego nowego stanowiska pracy. Wprawdzie mam drugą zmianę, więc wychodzę o 1 i wracam o 10, a soboty i niedziele to już w ogóle do d..y, ale trudno. Po pierwszych kilku dniach pracy natknąłem się na menedżerkę (główną) sklepu; Will miał rację - trzeba było zacząć pracować na dzień, żeby mnie tu zauważono. Nie żebym wiązał swoją karierę z Walmartem, bo tu nawet menedżerowie nie zarabiają dużo, ale faktycznie kobieta ze mną zamieniła kilka zdań, co nie zdarzyło się wcześniej mimo kilku równie okazyjnych spotkań w przejściu. Sypiam i jadam też jakoś bardziej po ludzku (Ewa upomina mnie, żebym nie używał określenia "jak biały człowiek"). Nie jest źle, będzie lepiej.









Co do kamperów ze smartami. W tym roku widzieliśmy też przegięcie pały. Nowiutki kamper, do niego laweta z porsche (ale tylko caymanem a nie 911) a nad porsche ponton motorowy :)
OdpowiedzUsuńNatomiast fantazją wykazali się Norwegowie, którzy do Włoch zajechali autobusem amerykańskim (sorry, nie znam marki)... takim wieeeelkim... a z tyłu mieli zamocowane cztery przerośnięte motorynki... nie wiem co to było, ale wyglądało to w zestawie kosmicznie.