poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Dalsze próby przeprowadzkowe, nowi sąsiedzi, rozpieszczemy kota.

Wciąż kusi nas na przeprowadzkę. Nawet wciąż jest gdzie - w Cheswick Village wciąż jest wolne mieszkanko, tylko jakoś nikt do nas nie dzwoni. A ostatnio jak się rozdzwonili, to z pytaniami o... Lafayette - Louisiana. 
Krótka historia a kraj duży to i się nazwy miejscowości dublują.  Efekt taki, że moje ogłoszenie przy którymś odświeżaniu źle wskoczyło. I tak straciliśmy co najmniej kilka dni jego aktywności. 
No nic, może jeszcze się uda?

Tymczasem u nas trwa wymiana lokatorów. Przemiła sąsiadka z dołu się wyniosła, obok nas mieszkanie było puste już jakiś czas... I w sobotę wieczorem do tego pustego mieszkania zaczęli wprowadzać się nowi. Przyjechali z Missouri, wynajętym autkiem przeprowadzkowym, z toyotą Camry na przyczepce. Aż żal było patrzeć jak się męczą: 22 a oni ledwo zaczęli. To i Przemek zaoferował pomoc. Ja się nie skusiłam, ale jednak noszenie to ostatnie za co powinnam się brać.  Jakoś ciężko było sąsiadów zakwalifikować do narodowości. Włosy ciemne, karnacja ciemniejsza od naszej, ale nie jakaś bardzo. Ostatecznie uznaliśmy, że to mało ważne. Że sąsiadka spod 2C jest Niemką dowiedziałam się przypadkiem niedawno, o tej z dołu, że rodzina przybyła z Finlandii - w ostatniej rozmowie przed jej wyprowadzką. Co do pozostałych sąsiadów nie mamy pojęcia. Tutejszy misz-masz regionalny jest po prostu niesamowity.
Dziś po południu sąsiedzi przyszli raz jeszcze podziękować i spytać o internet - czy nie chcielibyśmy wspólnie płacić za jedno łącze. Ale że głupio było trzymać ich na korytarzu, zaprosiliśmy ich do środka. Po krótkiej rozmowie dowiedzieliśmy się, że sąsiedzi pochodzą z Iranu. Jak na tak wrogo nastawione państwo, jak na całą podejrzliwość amerykańskich służb, całkiem sporo Irańczyków tu mieszka i pracuje. Aż byłam zaskoczona.
Porozmawialiśmy trochę ogólnie - obustronnie narzekając na działania hierarchów religijnych w naszych państwach. Ja wiem, że do Iranu wiele pod tym względem Polsce brakuje, ale ostatnio przybrany kiedunek może szybko zmniejszyć ów dystans. 

Maybe (nazwana właśnie przeze mnie Maybe-not) coraz bardziej się ośmiela i gdy tylko Korlat nie ma w pobliżu przychodzi do nas. Okazało się też, że wymaga leczenia. Koszt nas rozłozył na łopatki: 18$! To zdecydowana zaleta stwora o masie 5- zamiast 35 kg. 
Do tego troszkę ją rozpieścilismy puszkowanym żarciem. Teraz wieczorem przychodzi domagać się tego lepszego, a nie suchej karmy. No ale skoro nie zostaje z nami, to niech nas dobrze wspomina. 



Trzeba jej przyznać, że jest śliczna a do tego ma obłędny charakter. Potrafi chodzić za nami jak pies, przychodzi kiedy się ją woła. Dziś podczas podawania leku całkowicie nas zaskoczyła: Owszem, nie była zachwycona, owszem, chętnie poszłaby gdzieś indziej... Ale grzecznie siedziała na rękach Przemka kiedy ja lałam syropek do pychola.  No i teraz ma wątpliwości. Czy to naprawdę kot? 

O tym jak szukał łóżka dla rodziców i z czym wrócił, to już napisze mój utalentowany mąż. Ja na koniec z dedykacją tym, co jutro/dziś idą do pracy wrzucam jeszcze zdjęcie od nas z labu.



 

1 komentarz:

  1. "No i teraz ma wątpliwości. Czy to naprawdę kot?"

    Tak, to kot. Wiem, że macie małe doświadczenie z kotami, ale to kot. ;) I reagują na imię, i chodzą przy nodze, a maine coony to już w ogóle - nawet można je aportowania nauczyć. A Maybe wygląda bardzo na maine coona. :) Szkoda, że nie zostanie.

    OdpowiedzUsuń