środa, 21 września 2016

Kolejny tydzień w skrócie, konferencja i Indiana Dunes.

Drugi tydzień z mamami minął szybko. Mama nabrała swobody w poruszaniu się po mieście (a nawet poza miastem), więc ja dłużej siedziałam w pracy. Mamy zaś szalały po sklepach, parkach i lokalnych atrakcjach turystycznych.
Kolejny weekend mieliśmy podzielony. Ja pojechałam na konferencję, pozostali na diuny. 
Diuny opisze więc Joshua, ja tylko szybko napiszę o konferencji i wrzucę kilka fotek.
Pojechałam w piątek, busem, razem z Paulem, Bartkiem, Jannie, Kathy, Carmen i jakimś Hindusem, którego nazwiska nie zapamiętałam. 
Bus był okropny: tylne rzędy siedzeń nie miały zagłówków, a wyprofilowane były jak mój futon. Dojazd do Detroit (5h) był koszmarem. Zaraz po dotarciu na miejsce zapytałam Euiwona, czy nie znajdzie się miejsce u niego w samochodzie. Znalazło się. I całe szczęście, bo mój kręgosłup nie przetrwałby kolejnych 5h.
Konferencja jak konferencja. Tym razem rozumiałam aspekty techniczne, ale z immunologii - niewiele. 
Za to udało mi się wysępić darmowe próbki i wygrać owcę. 


Nie mam lepszej fotki, ta jest zrobiona jeszcze na konferencji.
Owca to logo firmy Abcam. Wolałabym gratisowy kit do znakowania przeciwciał, 
ale na to nie było szans. Przynajmniej mam owcę. 


Sobotnia kolacja też była dobra. Spodziewałam się, że będę jeść tylko owoce, ale okazało się, że pieczywo było bez dodatków z kukurydzy, a przemiły szef kuchni usmażył dla mnie łososia.  Nie chciałam sprawiać kłopotu, ale skoro sam mnie namawiał, to czemu nie skorzystać. 
Ciasta były nie do ruszenia, ale Jennie przyniosła mi inny deser: niemiecki odpowiednik Delicji. 


Ale to wszystko nic w porównaniu z akcją z winem. Otóż mój szef jest prawdziwym smakoszem. A na konferencyjnym bankiecie wino jest niezłe, jednak nie wystarczająco dobre na jego gust. 
Toteż na etapie przygotowań, Paul poprosił o zarezerwowanie jednego ze stolików dla naszego labu, gdzie jeszcze przed imprezą przemycił i ukrył pod stołem i długim obrusem swoje własne wino. Niestety lampek nie było na stole, był za to bar, gdzie można było dostać cokolwiek kto chciał. Tak więc każdy z nasz poszedł po lampkę dowolnego czerwonego wina. A żeby nie pić "byle czego", zlewaliśmy otrzymane przy barze wino do jednego ze szklanych pojemników w którym wcześniej były czekoladki, a który ze względu na dużą pojemność i kształt wazono-podobny całkiem dobrze się do tego nadawał. 
Później Paul lał spod stołu co tam miał. 


A miał niemało: 


Ta fotka została zrobiona już po imprezie. 

Na niecnym procederze przyłapała nas sympatyczna kelnerka, która uprzejmie zasugerowała, że zamiast się czaić, trzeba jej dać znać, że ma sobie pójść i sobie pójdzie patrzeć gdzie indziej. 

Mnóstwo śmiechu sprawił wszystkim Bartek, który myśląc, że winne zlewki to wino Paula, nalał sobie do kieliszka i się napił. Stwierdził później, że wytworzony przez nas z losowych win mix i tak był lepszy, niż to, które dostał poprzednio w barze. 

Później jeszcze tylko tańce i pamiątkowe zdjęcia...


            

Tak, to wszystko są moi współpracownicy. 


W niedzielę jeszcze przed wykładami zanieśliśmy walizki do samochodu. Koreańczycy jak widać są bardzo zorganizowani: zaraz po wykładach wyruszyliśmy na lunch, ze względu na towarzystwo Yamamoto-san była to restauracja japońska (co i mnie bardzo ucieszyło), do Starbucks po kawę i do domu. GPSy były ustawione zanim wsiedliśmy do samochodu. Efekt? Dotarliśmy na miejsce 90 minut wcześniej niż ekipa busa. Swoją drogą czułam się dziwnie. W pracy Azjatów mamy dużo, ale jednak to biali są w ogromnej przewadze. A tu to ja byłam w mniejszości. 

Prosto z drogi poszłam... do pracy. Wiem, mogłam powiedzieć, że nie dam rady, ale bardzo chciałam przygotować materiał testowy dla Yamamoto-san przed dwutygodniowym urlopem. W końcu jak najszybsze otrzymanie urządzenia pomiarowego jest i w moim interesie. 

Zostawiłam próbki w czasie inkubacji i pojechałam do domu. Po 22 wróciłam jeszcze do labu (z mamą), żeby zakończyć reakcję i zapakowac próbki. 
Efekt był taki, że pakowałam się na wakacje w biegu. Zapomniałam kijków (szkoda), jednego z leków (źle), i mnóstwa innych drobiazgów. 
Mówi się trudno. Przeżyję. 

A w poniedziałek...

















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz