Zakupy. Pierwszego dnia w Kohl's, drugiego w Macys. Trzeciego - równiez w Macys, po zieloną sukienkę z cekinami na imprezę w rozmiarze "na 3-latkę". W piątek na tapetę poszło Chico's i Walmart. Później mieliśmy iść prosto na Celery Bog, na spacer z Korlat, ale w Walmarcie mamy utknęły na godzinę.
Przewidując, że na 15 minutach się nie skończy, zamiast czekać w samochodzie z Korlat, zabrałam psisko na Celery Bog.
I bardzo dobrze zrobiłam, bo miałyśmy pół godziny spaceru, a zanim dojechała reszta spacerowiczów, zebrały się ciemne, burzowe chmury, więc postanowiliśmy od razu wrócić do domu.
A jeszcze chwilę później ogłosili tornado watch i zaraz tornado warning, które ostatecznie przedłużali prawie do północy.
Mamy były zawiedzione, że nawet bardzo nie wiało. Jestem pewna, że ci, którzy obserwowali uformowany już wir przesuwający się nad miastem cieszyli się, że nie dotknął ziemi i że mocno nie powiało. Ja też się cieszę, bo skutki mocnego "powiania" można było niedawno oglądać w Kokomo.
Wschodnia kuchnia nie odpowiada mamie Przemka. Trochę szkoda, bo wypadło najbezpieczniejsze - dla mnie i mamy - sushi. Ja tam nie narzekam, lunche i tak zazwyczaj zamiawiamy do pracy z Maru.
Co prawda mamy same wpadły na pomysł, że będą dla nas gotować, ale zawetowaliśmy tę ideę. Już dawno przestawiliśmy się na tutejszy sposób jedzenia. Nie ma sensu zmieniać idealnie działającego schematu na dwa tygodnie.
Fajnie za to, że chce im się gotować dla siebie. W piątek przyrządziły sobie Korlackie mięso. Zaraz jak przeczytają, zaczną marudzić, że tylko odrobinę wzięły i że psu nie brakło i w ogóle, ale tu nie ilość się liczy, a fakt. A ten jest jaki jest: zjadły mięso kupione dla Korlat.
Yamamoto-san pracuje nad moim sprzętem. Paul mówił, ze będzie gotowy za tydzień. Cóż. Nie był. Minęły już cztery tygodnie i dalej nie jest, ale nie marudzę. Wiem, że dostanę cacko najwyższej klasy. Od wczoraj wymieniamy z Yamamoto-san informacje odnośnie owego sprzętu i jego zastosowania. I tak oto zostałam Eva-san.
Od kilku dni nachodzi nas kotka. Ewidentnie nawykła do życia w domu. Nie ma nic przeciwko Korlacie, dziś obydwie się obwąchiwały. Kotka nie jest ani w połowie tak ładna jak Maybe, ale przymila się do nas ile wlezie, a nasz cielak nic a nic jej nie przeszkadza. Już tradycyjnie nadałam jej imię. Nazwałam ją Rather-not.
Postanowiłam zabrać Rather-not do schroniska. Żal mi jej błąkającej się po polu, nie wiem czy jest sterylizowana... Nie chciałabym, żeby kolejny miot dzikich kociaków plątał się po osiedlu. Niestety od kiedy przywiozłam klatkę, Rather-not przystała przychodzić na śniadanie. Zjawia sie wieczorem, miałczy, chciałaby wejść do mieszkania. Ale rano, kiedy mogę ją zabrać do schroniska, nigdy jej nie ma. A ja nawet wybrałam najlepsze w mieście schronisko, w którym nie usypia się zwierząt. Może kiedyś się uda? A jak ją już przekwarantannują i stwierdzą, że jest zdrowa, może ktoś ją apoptuje. My... Raczej-nie.
A tymczasem podziwiamy jej przymilanie się i wykazujemy odpornością na niebioskie i zielone oko wpatrzone w nas błagalnie. Gdybym jeszcze wiedziała, że jest zdrowa... Wczoraj było mi jje strasznie żal podczas burzy. Ale później pomyślałam sobie, że schowana (jak ją kiedyś widzieliśmy) w kanale będzie bezpieczniejsza w razie tornada, niż z nami w domu. Rather-not burzę przetrwała i przyszła na kolację. Karma dla psów Orijen bardzo jej podchodzi.
A, nie napisałam, ale zmusiliśmy biedną mamę do jeżdżenie samochodem. W sumie to nie trzeba było bardzo zmuszać nawet, po pierwszym "ale to duże" powiedziała "ale fajnie się tym jeździ". Wygląda na to, ze mamy na wyjazd trzeciego kierowcę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz