niedziela, 4 września 2016

mały update

Jakoś długo zeszło, ale nic ciekawego nie było do napisania, a do zrobienia było naprawdę wiele. 
Wiadomości z Polski mnie przygnębiają. Myśl o powrocie - przeraża. 
Rozwiązanie jest oczywiste - trzeba zrobić tak, żeby nie wracać. 
W sumie jest na Ziemi kilka fajnych miejsc, może się uda? Oczywiście mam świadomość, ze nie musi. Obecnej pracy szukałam długo, teraz mam trzy miesiące. 
Przekopałam portale z ogłoszeniami. Niby jest tego sporo, ale większość dla biologów molekularnych zainteresowanych immunologią. (Co ich tak wzięło? Umówili się czy co?) No i jakby nie patrzeć, nijak mi to nie podejdzie. Albo ja nijak nie podejdę na takie stanowisko. Na jedno wychodzi. Dlatego jedynym logicznym wyjściem było olanie portali z ogłoszeniami o pracę. 
Wadą takiego rozwiązania jest to, że samodzielne przekopywanie się przez strony uniwersytetów i pracowni jest bardzo czasochłonne. Ale alternatywą jest... No właśnie.
Do tego pracuję na czas, bo mój projekt wciąż ma niedoróbki. Inżynierowie mają obsuwę, nie ma szans, żeby zdążyli ze sprzętem zanim wyjadę. Umówienie się z tak zwanymi "współpracownikami" to koszmar. Od zimy próbuję się umówić z gośćmi od materiałów w ekstremalnych warunkach. I do teraz nie udało mi się zrobić ani jednego doświadczenia! Chris wybył na trzy tygodnie, teraz wrócił, w piątek zrobiliśmy jedno podejście, ale zupełnie nie wyszło. To jedno akurat nie jest dla mnie kluczowe, ale jest bardzo ciekawe. No i wynikiem będzie obrazek, a wiadomo, że wszyscy lubią obrazki. 
Jedynie w Indy idzie dobrze: Ostatnie wyniki były obiecujące. Tyle tylko, że sprzęt jest bardzo nowy i właściwie to niby wiadomo jak działa, i co wyszło, ale nie do końca wiadomo jak interpretować nasze wyniki. Wymyśliłam rozwiązanie, ale musieliśmy zmodyfikować nasze próbki. Tu z pomocą przyszła firma SpheroTech. Już przysłali zrobione na zamówienie beadsy, ale zanim będę mogła przetestować nowe próbki, miną kolejne dwa tygodnie. A później może być potrzebna kolejna optymalizacja. I tak oto mogę się nie wyrobić do listopada. 

Jedyne, co jest na plus, to relacja z szefem. (Tak, wiem, Seji - jeszcze w czwartek mówiłam co innego. Ale na nim ciężko się wyznać). Od stycznia do początku sierpnia było ciężko. W ogóle nie mogliśmy się dogadać, kompletnie nie docierało do niego to, co mówiłam i żadne wyniki eksperymentów go nie przekonywały. Uznał, że skoro nie działa, to ja robię coś źle. Dopiero wyjazd do San Francisco coś zmienił. A wczoraj załapałam się na list z podziękowaniami. Hmmm...

Przygotowujemy się na przyjazd mam. To będzie... dziwne. Przemebliwalismy Korlacką sypialnię, kupiliśmy bezglutenową mąkę - dziś będziemy piec bezglutenowy chleb. 

A teraz na deser kilka fotek.

Nie wiem jak nazwać jen mebel, ale jest toporny, niezgrabny. Choćby mi dopłacili, nie wzięłabym. Do tego człowiek zapada się koszmarnie głęboko - nic dziwnego, że później mu się nie chce tyłka ruszyć - a w sumie to po co ma ruszać, jak nawet piwo, albo obrzydliwie słodki napój można mieć pod ręką?




A tu fotka z kategorii "czym jeszcze można przyozdobić samochód". Nasze ramki pod do tablic rejestracyjnych to nic w porównaniu z tym...



Jedna z ulubionych pozycji do spania naszego psa. Tu akurat z wbitą w grzbiet krawędzią ściany... Ale ubóstwia spać w ten sposób na krawędzi metalowego stolika... (A później państwo jadą do weta, bo pies ma coś dziwnego przy kręgosłupie. "W dotyku niby jak guz, ale przecież w takim miejscu nie miała się o co uderzyć..." Czy wspomniałam, że do weta jechaliśmy do Chicago, 2,5 godziny w jedną stronę?



Jak widać takie spanie jest zaraźliwe. Oto Zefiryn (w oryginale Zafir, ale się nam nie podobało, więc wołaliśmy go po swojemu) - flea-tzu, którym opiekowaliśmy się przez trzy dni, będąc chyba najlepszym, co mogło się biednemu zwierzakowi przytrafić. Przynajmniej wytępiliśmy pchły, zwalczyliśmy objawy alergii i powiedzieliśmy durnemu właścicielowi, że pies ma infekcję ucha. (O tym, że poznał trochę zasad i nauczył się nowych rzeczy chyba nie musze pisać.)
A tak w ogóle to w tym kraju pchły są istną plagą! Potrafią zagnieździć się na domowym, nigdy nie wychodzącym na zewnątrz kocie, wskakują same z pola do mieszkania. Mieszkania na piętrze nie są chronione, bo wszędzie gonią (zapchlone) wiewiórki. 
Kilka dni temu sąsiedzi się nam skarżyli, że sobie nie mogą poradzić z wytępieniem. U nas na szczęście się nie zalęgły, ale odkurzanie dwa razy dziennie i zabójczy dla pcheł proszek w worku odkurzacza robią cuda. No i oczywiście nie ma wyjścia, co trzy- cztery tygodnie - trzeba nałożyć na psisko krople z inhibitorami cholinesterazy. Czasem jakaś zbłąkana pchła ją dziabnie... Ale to oznacza koniec pchlego żywota i brak możliwości rozmnożenia się. 


Na conic zagadka: Co to za urządzenie? 




3 komentarze:

  1. Urządzenie na zdjęciu to wirówka do wzbogacania uranu. Cieszę się, Sihajo, że znalazłaś już nowe zajęcie. Ponoć Iran nieźle płaci. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kurcze, za proste bylo... :)

    OdpowiedzUsuń
  3. O_O nie miałem pojęcia że Stany mają taki problem z pchłami.

    OdpowiedzUsuń