Publikuję z dużym opóźnieniem, ale naprawdę nie było czasu, żeby zrobić to wcześniej. Sobota była deszczowa. Po piątkowych burzach, które nie wzruszywszy naszych mam napędziły stracha miejscowym, w sobotę wciąż niebo było zachmurzone i co chwilę padał deszcz. W takich warunkach wypad na zwiedzanie wietrznego miasta nie miał za grosz sensu. Za to niedziela zapowiadała się słonecznie.
Wyjechaliśmy później, niż chcieliśmy. Ale tu jeszcze coś, później kawa, a na koniec to ja - poganiająca wszystkich - musiałam się wrócić po okulary. (Testuję już trzecie szkła kontaktowe i jak na razie żadne mi nie leżą. Choć tendencja jest niezła. W trzecich wytrzymuję dobre pół dnia).
Do Chicago dojechaliśmy nawet bez długiego stania w korkach. GPS doskonale prowadził nas prościutko do celu, aż do tunelu, którym... minęliśmy Willis Tower, na którą to chcieliśmy wjechać. I to minęliśmy ją naprawdę solidnie, bo tunel jak się zaczął, tak się nie chciał skończyć.
Ostatecznie dotarliśmy na miejsce jedynie nieznacznie posiłkując się GPSem, znaleźliśmy parking bliziutko naszego celu (za jedyne 23$), zostawiliśmy samochód i pojechaliśmy oglądać miasto. Miasta tak mają, że najlepiej wyglądają z góry. Dlatego wyjechaliśmy na 103 piętro amerykańskiego drapacza chmur. D
okładnie 11 września.
Widoki? Lepsze niż w Nowym Jorku. Zwłaszcza te na jezioro. Pogoda była idealna i chyba faktycznie widać tereny aż po Indianę i Wisconsin.
Z dołu miasto też prezentowało się niczego sobie.
Później jeszcze fotka pod pomnikiem jakiegoś Kaziskoł...
I przy fonatnnie w Millenium Park
Fasolka też była. A jak!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz