środa, 9 marca 2016

Historie samochodowe

(Zainstalował mi się, nieproszony, windows 10. Nic nie klikałem, więc widzę to chyba tylko tak, że wrzucili w aktualizacje automatyczne. Draństwo. Póki mnie nie wkurzy - zostaje, bo jestem za leniwy na poświęcenie dnia na ponowne postawienie 7-ki. To nie jest istotne z punktu widzenia treści bloga, ale się chciałem podzielić irytacją.)

"Wymienimy za darmo, wystarczająco fair?" - A historia zaczęła się kilka miesięcy temu, kiedy w czasie urlopowego wyjazdu do Buffalo zaświeciła się kontrolka "service" w Toyocie. Oznaczała ona jedynie, że samochód domaga się wymiany oleju, nic ponadto; wprawdzie jakiś smród spod maski/ podwozia po wyjechaniu ze stacji benzynowej zmusił nas do zastrzymania i panicznego sprawdzania, czy wszystko jest w porządku - kilkaset mil od domu, w niedzielę wieczorem - ale prawdopodobnie był to jedynie jakiś gumowy śmieć, który się przypalił na czymś. Po powrocie jeszcze trzeba było skoczyć na lotnisko, na wizytę w serwisie nie było czasu... Zupełnie niepotrzebnie. Olej wymienia się tu od ręki, w czasie robienia zakupów w markecie, w sklepowym serwisie. W każdym razie za pierwszym razem pojechałem z kuponem na zniżkę (a co!) do sieciowego serwisu, zmienili olej, i próbowali mnie namówić na kupienie nowych opon. Po kolejnych 5 tysiącach jednak kontrolka znów przypomniała o swoim istnieniu. Kilka dni jeździłem z nią, bo znów nie było czasu; w końcu skorzystałem z serwisu u swojego pracodawcy, zostawiając auto w czasie przerwy na lunch i odbierając po robocie. Problem: nie wymienili filtra oleju, bo nie da się odkręcić - za mocno podobno przykręcony, boją się zniszczenia bloku. Kilka dni później dowiedziałem się od szefa serwisu, że złamali dwa klucze na tym filtrze. W każdym razie: odesłali mnie tam, gdzie robiłem poprzednio, bo oni się po podejmują. W poprzednim serwisie, po przedstawieniu problemu, usłyszałem jak na wstępie... Przy okazji: zmiana oleju z filtrem, w promocjach (wiecznych) jest za $20 (plus podatek i dolewka, jeśli się więcej niż standardowa ilość, czyli wychodzi kilka więcej). Podejścia do klienta jednak mógłby się nasz młody kapitalizm uczyć w tym kraju.

Ciekawostka samochodowa:


Uchwyt do wysiadania z samochodu, jak ktoś sobie nie radzi o własnych siłach, w oparciu o standardowe wyposażenie. Wciskamy w obejmę standardowego zamka w drzwiach, oczywiście po otwarciu tych ostatnich, i voila! z drugą ręką na kierownicy możemy się wywindować z fotela. Podziwiam, czego ci ludzie tu nie wymyślą.

A, miał być konkurs: kto jest największym piratem drogowym na tutejszych ulicach:
- obklejone auto firmowe,
- wyładowana stara ciężarówka,
- autobus szkolny;
ale odpowiedź wydaje się tak oczywista, że z konkursu niniejszym rezygnuję. Wyjechałem niedawno ze skrzyżowania, przede mną żółty autobus. Na ulicy obowiązuje 40mph, stwierdzam że wolałbym go wyprzedzić, żeby potem zjechać na prawo do skrętu; ale gdzie tam! Przy ponad 50mph się zorientowałem, że nadal go nie wyprzedzam, a ograniczenie i zwyczajowy limit przekroczenia mam dawno po niewłaściwej stronie wskazówki prędkościomierza. Zwolnił dopiero na progu, ale zaraz potem znów gnał ile wlazło. Na obrazku: autobus z rozłożonym "stopem" przed wjazdem na nasze osiedle, za nim widać stojące na obu pasach samochody. Stał tak przez chwilę, póki po najmłodsze dziecko nie przyszła opiekunka.


Żółte linie wyznaczają pasy dla przeciwległych kierunków, pas na środku służy do włączania się do ruchu (rozpędowy, czy jak go tam zwać) lub skrętu - na nim właśnie stałem.
Dla porównania wszelkie samochody firmowe jeżdżą podejrzanie przepisowo, z resztą jak prawie wszyscy tutaj. Spora z nich część ma wyraźnie widoczny numer i telefon kontaktowy, pod który należy zgłaszać przypadki zbyt lekceważącego podejścia do bezpiecznej jazdy przez kierowców zatrudnionych przez firmę.

A tymczasem na drogach...


To autentyk, zdjęcie z parkingu w parku stanowym Shades. Takie samochody są tu ciągle w użyciu, normalnie na drogach. Czasami aż strach bierze, jak się widzi pickupa, którego karoseria wisi w powietrzu i wygląda, jakby łącznikiem między nią a kołami była koronka rdzy. Teoretycznie policja ma prawo zatrzymać samochód stwarzający zagrożenie dla ruchu, ale w praktyce pełno jest na ulicach zwłaszcza starych pickup-ów i tutejszych terenówek kompletnie przeżartych do połowy wysokości drzwi. Wiem, że są na ramach; chyba tylko dlatego się nie rozpadają od podmuchu wiatru.

Przy okazji samochodów, ostatnie zdjęcie z ubiegłorocznych wakacji. A co!


Też samochodowo...

Tymczasem ciągle jeździmy Toyotą. Kilka osób pytało, teraz skończyły się chamskie próby naciągnięcia na zapłacenie za jakieś dziwaczne raporty udające CarFax, aczkolwiek po każdym wznowieniu ogłoszenia pojawiają się oferty 20-25% niżej niż wartość katalogowa, czasami dość agresywne. Co ciekawe, mnóstwo ludzi sprawdzając ofertę nie patrzy na podstawowe parametry samochodu, w naszym przypadku - lepszy silnik. I tak większość aut tutaj produkowana jest z góra 2 różnymi silnikami, w przeciwieństwie do europejskich, gdzie niczym dziwnym nie jest kilka benzynowych i kilka diesli w każdym modelu. Więc pisze mi taki jeden że przeceniam auto, a ja już nauczony doświadczeniem odpisuję czy sprawdzał wartość dla v6...


Samochodowo, to jedziemy dalej: wszak USA ciężarówkami stoi, a raczej jedzie. W tym przypadku zaszokował mnie swobodny dostęp do mechanizmu otwierającego zsyp pod naczepą. Już sobie wyobraziłem żartownisiów w Polsce otwierających go "dla hecy". Tu chyba mimo wszystko nikomu takie rzeczy nie przychodzą do głowy.


A tego chyba też jeszcze nie było. Cały warsztat na pickup-ie, z imadłem na zderzaku. Nie wiem, czy są w tym kraju jakieś wymogi bezpieczeństwa w zakresie montowania dodatkowych elementów poza obrysem samochodu, albo czegoś sterczącego, ostrego, dużego. Ciężarówki dostawcze dla przykładu często wożą ręczny wózek do towaru przed kabiną, na zderzaku; chyba żeby kierowca nie zapominał.

I chyba tyle na dziś. Idę jeszcze ogarnąć chałupę, w końcu mam przerwę wiosenną; z którą też były jaja, bo zapomniałem, że jest - jakoś nie nawykliśmy do tutejszego systemu edukacyjnego. W ubiegłym tygodniu pracowałem w sobotę, wróciłem zmęczony przekonany, że mam jeszcze dwa dni na zaliczenia zadań domowych... I dobrze, że chociaż część zrobiłem w tygodniu, bo od niedzieli zaczęła się przerwa, czyli zamiast 2 zadań na niedzielę i trzeciego na poniedziałek - miałem wszystkie trzy w sobotę do północy. Udało się, nawet nieźle. Póki co jednak najgorzej mi idzie podatek dochodowy, 96.2%. Jak mówię tu ludziom w pracy, że ten ich college to taki łatwy jest do zaliczenia, to kręcą głowami. Tylko jeden menedżer powiedział mi wprost: nie musisz czarować, wiem że ludzie tu są po prostu głupi; to było jak nie wiedziałem jak zacząć odpowiedź na pytanie o porównanie tutejszego systemu edukacji z naszym. Ale prawdą jest, że teoretycznie dla pracujących na część etatu (jakbyśmy to po naszemu określili) nie zalecają w college'u brania więcej, niż 12 godzin kredytowych (sposób rozliczania trudności czy też czasochłonności zajęć, i ich wagi przy okazji), a ja pracując obecnie 40h mam 9 w każdym z dwóch semestrów i jakoś daję radę, chociaż nadmiaru czasu wolnego nie mam. No nic, odpocznę jeszcze ze dwa dni, zanim się zabiorę za naukę na przyszły tydzień.

1 komentarz:

  1. Spring break masz? :> https://www.youtube.com/watch?v=XFDwHycGSoM

    OdpowiedzUsuń