Dopadło mnie w piątek. Tak wrednie, że bałam się wstać z łóżka. Przy próbie podniesienia głowy świat wirował jak oszalały. Udało mi się jakoś wyjść z Korlat na szybkie siku, ale później musiałam snów się położyć. jakoś dotrwałam do niedzieli, ale czułam się tak paskudnie, że dałam w końcu się namówić na wizytę u wete... lekarza znaczy.
Diagnoza: infekcja wirusowa ucha wewnętrznego. Bezobjawowa niemalże, bo ani gorączki, ani bólu głowy nie stwierdzono. Dali mi sterydy, coś na zawroty głowy i kazali 6 dni siedzieć w domu, a później jeszcze przez tydzień unikać pracy z maszynami, czy innych niebezpiecznych zajęć. Ha. Ha. Ha.
Z rzeczy fajnych: Tu człowiek przynajmniej dowiaduje się na co choruje i dlaczego czuje się jak sie czuje. Poprzednio kiedy miałam hand foot and mouth disease moja lekarka dała mi kilka artykułów na ten temat. Zaznaczyła, że daje mi artykuły fachowe, bo podstawowa notka by mnie raczej ubawiła. Ale byłam przekonana, że dostałam cokolwiek tylko dlatego, że nie znałam choróbska i nawet powiedziałam, że u nas tego nie ma.
Otóż nie. Tu każdy pacjent ZAWSZE dostaje notkę co mu dolega, czym jest leczony, co ma robić zdrowiejąc a co jak mu się pogorszy.
Z obrazkami!
I w porównaniu z polskim systemem, gdzie można co najwyżej dostać nabazgraną nieczytelną diagnozę i równie nieczytelną receptę, a 80% lekarzy traktuje pacjenta jak niezdolnego do zrozumienia co mu dolega, i niewartego tłumaczenia w czym rzecz, zdecydowanie bardziej podoba mi się tutejszy sposób. Nie ma potrzeby marnowania czasu, jak pacjent chce, to sobie przeczyta. Nie chce, jego sprawa.
Steryd opakowany i opisany był tak, że paść można.
Ale za to trudno się pomylić.
A w poniedziałek pogoda - choć była zgodna z zapowiedziami - mnie zaskoczyła. Jest tak ciepło jak w grudniu. Znaczy na spacer o 21 poszliśmy w T-shirtach. I wygląda na to, że tak już nam zostanie.
Na koniec fotka: Pitbull zaatakował Korlat, ale ta go zignorowała, więc się do niej przytulił.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz