niedziela, 13 marca 2016

Pierwsza windykacja na emigracji

Znów za kilka dni nie będę miał czasu na nic, to napiszę parę uwag o okolicy, robocie i ostatniej wycieczce. Swoją drogą wyobrażacie sobie w kraju jazdę 1.5 godziny w celu przespacerowania się z psem? Bo tu, znaczy koło nas, nie ma w zasadzie nic: parki stanowe Turkey Run czy Shades są ponad godzinę jazdy od nas, tu tylko "parki" lokalne miejskie czyli trochę trawnika i betonowa ścieżka - dobrze, że blisko domu choć to dzięki sprawdzeniu przed wynajmem, mamy - i koniec. Cała reszta - jeszcze dalej.

Tymczasem w robocie dostałem podwyżkę i premię. Znaczy jest tak: wszystko, co dotyczy pracownika, jest w tym kraju w zasadzie regulowane umową pomiędzy nim, a pracodawcą. Tym samym 1/4 pracujących Amerykanów nie ma w ogóle płatnego urlopu, ponieważ nie ma ogólnokrajowych przepisów które by obowiązek dawania takiego nakładały na pracodawców. Mój pracodawca - ma takie zapisy w kontraktach. Tylko jakie one są... Oto mój stan "konta" urlopowego sprzed kilku tygodni, kiedy zaczynały być wprowadzane zmiany w jego rozliczaniu:


Pięć i pół godziny naliczone, do wykorzystania... za rok. Układ jest taki: żeby mieć urlop, trzeba przepracować rok na pełnym etacie, albo dwa na częściowym. Ja mam mniej niż rok, przy czym dopiero od jesieni pracuję na pełnym, czyli dopiero sobie zbieram czas urlopu, który będę mógł wykorzystać jak przepracuję rok. Zbiera mi się tego wolnego (po zmianach jest w niego wliczany zarówno czas na chorobowe, takie bez zwolnień lekarskich, jak i czas który mogę sobie wziąć żeby wyskoczyć z roboty coś załatwić) 1 godzina za każde przepracowane 17.3h. Maksymalnie mogę mieć jakieś 190h. Ci, którzy przepracowali 20 czy 25 lat mają 1h wolnego za każde 6h spędzone w pracy, jako premię za staż, a kumulować mogą do blisko 600h. Poza tym wszyscy mają premię w postaci podwyżki bodajże 2% co roku. Ja mam w tym roku ponad 10%, bo po zmianie stanowiska, a przy okazji zmianach w rozliczaniu (4 stawki płacowe zamiast kilkunastu), trafiłem jako najmniej zarabiający w wyższej grupie. No i mnie wyrównali w górę. Wielkich pieniędzy nadal to nie robi, takie ma dopiero kasta menedżerska; za to nie mają życia, pracując na okrągło.

A tu coś na podniesienie ciśnienia krakusom, sami sobie nazwę przeczytacie:


Podobnie jak w przypadku "kiełbasy", która może być surowa, w rulonach, mrożona, gotowana, itp. istotny jest dla nich chyba sam materiał, z którego produkt został uczyniony. Dla mnie - zgroza, o kiełbasę się normalnie kiedyś prawie pokłóciłem z koleżanką z mięsnego, jak jeszcze tam pracowałem.

Obrazki ze sklepu indiańskiego:



Z tym drugim Ewa kupiła mi koszulkę. Tekst wybrany, żeby wkurzyć lokalesów, tłumaczenie dość swobodne: służba bezpieczeństwa państwa (nazwa jednej ze służb państwowych, to od nich dostaję pozwolenie na pracę, a nie nasze PRL-owskie SB), zwalczająca terroryzm od 1492. Koszulka u góry to oczywiście słynna Mt. Rushmore z portretami prezydentów, z "komentarzem" w postaci zdjęć czterech wodzów i podpisem o "prawdziwych" ojcach-założycielach.

Widoczek z parkingu pod Walmartem, jakoś przy wieczornych zakupach.


Chyba gość pojechał po ciężarówki... Podobny widzieliśmy wracając z sobotniej wycieczki na wydmy, pickup z przyczepą, na której wiózł sobie nowiutkiego suv-a. Biorąc pod uwagę zasady rejestracji tutaj, to się wcalę nie dziwię temu ostatniemu. W zasadzie należy kupić auto, pojechać go zarejestrować u siebie, potem po niego wrócić z tablicą tymczasową i dopiero można jeździć. Nie ma opcji jazdy na tablicy sprzedającego, jak u nas. Lepiej jest w zasadzie tylko z ubezpieczeniem, bo obejmuje do chyba kilku dni kolejny samochód, zanim trzeba zapłacić za niego dodatkową stawkę.

A jak już jesteśmy przy samochodach (znów):


Autentyk z naszego osiedlowego parkingu.

Tymczasem, o czym już Ewa napisała, korzystając z zupełnie wolnego łykendu, przejechaliśmy się nad prawie-morze. Wprawdzie za płotem jest Chicago:



Ale jest całkiem fajnie. Oczywiście ponieważ było zimno jak cholera, a przy tym wiało mocno, postanowiliśmy zejść z plaży. Na górze okazało się, że zeszliśmy na najcięższą trasę, a wyleźliśmy przy tym na najwyższy pagórek w okolicy:


Podejście po piachu na 192 stopy w górę było jednak męczące, chyba tylko Korlat była zadowolona z tego fragmentu. A poza tym: w parku stanowym psa należy trzymać na smyczy, co niektórzy ignorują. Poza parkiem na kilku plażach jest zakaz wstępu ze zwierzakami, ale jakby ktoś chciał, to znajdzie bez problemu taką z dostępem. Miły pan strażnik w centrum turystycznym dał mapkę i namalował miejsca, gdzie nam z demoniszczem wleźć nie wolno.
Z innych ciekawostek parkowych: można sobie kupić sowią wypluwkę z narzędziami do rozbiórki, jako zabawkę edukacyjną. Czad.


Samochody, znów samochody... Ale nie mogę się nie podzielić widoczkiem ze stacji benzynowej. Autentyk, rocznik 1929 jak oświadczył właściciel zapytany o zgodę na zrobienie zdjęcia.


Nie ma nawet tablic "weterańskich", tylko zwykłe.

Co zaś do windykacji, to było tak: przy oddaniu kluczy do starego mieszkania nasz zarządca był zachwycony stanem, w jakim zostawiamy mieszkanie. Obiecał pieniądze oddać nie czekając na umowny termin 45 dni, powiedział mi też że nie będzie nic nam z kaucji potrącał, bo nie ma za co, tak ładnie wszystko zostawiliśmy. Kolejny klient wprowadzać się miał następnego dnia rano, jak stwierdził nie musieli nic poprawiać i kolejną umowę na nasze byłe mieszkanie podpisali od ręki. Po upływie miesiąca jak kasa nie przychodziła, uznaliśmy że zaczekamy, nie pali się. Po upływie 45 dni zgodnie z umową nadal nie było. Napisałem maila, bez odpowiedzi. Pojechałem, strasznie zaskoczony tłumaczył że czek musiał zginąć, skoro nie mamy. Nie przychodził. Wysłałem maila, rzekomo księgowa zapomniała. W końcu przysłali. Jakież było nasze nieprzyjemne zdziwienie, kiedy okazało się, że sporą kwotę mamy potrąconą, za sprzątanie, malowanie i czyszczenie dywanu. Oczywiście na maila zarządca odpowiedział, że wszystko jest ok. Pojechałem zapytać, czy pamięta naszą rozmowę - wyparł się z żywe oczy. Wyszedłem rzucając mu na odchodne, że jest kłamcą. Po kolejnej wymianie maili obiecał oddać potrącenie za rzekome sprzątanie i malowanie - sprzątała Ewa dwa dni, a ja malowałem wszystkie ślady po naszej bytności; sam facet dał nam farbę, jak poprawiałem po nich niedoróbki po przyjeździe! Po 2 tygodniach pieniędzy nie było, na maila nie znów odpowiedział, po telefonie okazało się, że rzekomo znów księgowa zawaliła. Akurat, w takie ściemy to nie wierzyłem nawet bez 11 lat pracy jako windykator. Po kolejnych kilku dniach w końcu odzyskaliśmy część potrącenia; a ja szczerze mówiąc czułem się tak, jakbym wywalił z mieszkania coś obrzydliwego, co się zalęgło - niby zadowolony że sprawa załatwiona, ale pozostało obrzydzenie że trzeba było to wziąć do ręki. Prawdę mówiąc to pierwszy i jak na razie jedyny tego typu przypadek. Niby wiedzieliśmy, że zarządcy próbują nie zwracać depozytów, ale nie spodziewaliśmy się spotkać z czymś takim.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz