niedziela, 24 kwietnia 2016

Lato

Przynajmniej dla mnie. Sąsiadka się śmiała, że gorąco to dopiero będzie. Wiem. Teraz jest lato, później będzie piekło, później znów lato a dopiero później jesień. Coraz poważniej myślę o szukaniu pracy na Alasce.


Niestety latem odczuwalna temperatura jest znacznie wyższa, niż o innych porach roku. jesienią czy wiosną 12C to chłodny dzień. Teraz, kiedy rano aplikacja pokazuje te 12C, wychodzę w t-shircie. Inaczej jest za ciepło. Te 81 to w przeliczeniu 28, ale kiedy dochodzi do tego słońce robi się naprawdę gorąco. Na początku maja otwierają nam osiedlowy basen.

W środę Paul pojechał do Kaliforni. I dobrze, jakoś spokojniej się pracuje jak go nie ma. Do piątku był błogi spokój. nie chodzi o to, że szef jakoś strasznie goni nas do roboty. W soboty i niedziele też często pracuję, choć nikt mi nie każe. Chodzi o to, że swoją obecnością, głośnym mówieniem i telekonferencjami - również prowadzonymi z labu zamiast z własnego biura - Paul wprowadza straszny chaos. Do tego lab jest ciasny, więc kiedy ktoś stoi obok jego biurka automatycznie tarasuje przejście. Nie, szef w labie to nie jest dobry pomysł. 

Czwartek byłam w pracy z Korlat. Niby nie zapowiadało się tornado, ale poprzednie tez nie było zapowiadane. A w czwartek mieliśmy pierwszy letni, burzowy dzień. Taki z silnym wiatrem i piorunami uderzającymi co kilka sekund - to tutejszy standard. Padało z przerwami od rana do nocy. Wieczorny spacer musieliśmy skrócić przez burzę, ale przy takiej pogodzie wolimy się zbytnio od domu nie oddalać.
Ponieważ Chińczyk, którego imienia i nazwiska nie pamiętam znów odgrzewał w mikrofalówce coś wybitnie śmierdzącego (ja lubię chińskie żarcie, ale nie codziennie i nie lubię kiedy jego intensywny zapach unosi się godzinami w pokoju z  fatalną wentylacją), zabrałam suczydło i laptopa na dziedziniec. Później dołączyła do nas Jennie.



Również w środę dostarczyli nam paczkę z Polski. Póki co Jennie zbzikowała na pubkcie pierniczków, ale tym razem dostaliśmy jeszcze cukierki z wódką. Te Jennie zachomikowała na gorsze dni w pracy.  Za to w czwartek wróciła zachwycona żelem na ból stawów. Stwierdziła, że prawy nadgarstek, który zazwyczaj ją boli czuje dziś mniej, niż lewy, który czasem lekko pobolewał. Zapowiedziała, że chce się zapisać na dostawy co jakiś czas.

W sobotę Jennie siedziała u nas do 2:30. Najpierw oglądałyśmy "Vicni", później fotki z Krakowa. Na koniec wyjaśniałyśmy najdziwniejsze zagadki znanego nam świata, jak zielona flourescencja DAPI w prolong gold, który Jennie dostała dawno temu, oraz to dlaczego na drewnianych słupach telefonicznych dzięcioły walą dziobami w metalowe elementy. Poziom trudności zagadek rósł z ilością wypijanego likieru (przegryzanego cukierkami z wódką). Odnośnie dzięciołów nie będę Was trzymać w niepewności, są to zachowania terytorialne - ot głośniej i dalej słychać - za to  tematyką fotokonwersji nie będę Was zanudzać. Tymczasem robi się późno, a jutro trzeba wstać... Do pracy znowu z piesą, zwłaszcza, że mamy wizytę u dr. Wolfa. Chce ją zbadać zanim przedłuży recepty na antybiotyk na kolejny rok. Bardzo nie lubię oddawać jej w ręce tych rzeźników, ale Wolf jako jedyny  zasłużył do tej pory na mój szacunek. No i tylko w aptece szpitala uniwersyteckiego robią zawiesinę z tylozyną, którą Korlat akceptuje. (Ten sam lek formie proszku dodawanego do jedzenia nie przejdzie). Nie wiem jak to zrobić, żeby wydobyć recepturę, ale będę musiała jakoś to zrobić. Jeśli przyjdzie nam stąd wyjechać chcę wiedzieć na czym polega ten trik. Mam jednak niejasne wrażenie, że nawet pracując na wydziale i mając stopień mgr. farm. mogę mieć z tym problem. Zobaczymy jaka będzie. 





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz