Najpierw - choć niechronologicznie napisze o przeprowadzce.
Wczoraj Josh poszedł zapytać w Walmarcie o procedurę zakończenia kontraktu. Na pytanie dlaczego, odpowiedział, że niedługo przenosimy się na Alaskę. Kadrowa bardzo się przejęła, spytała czy mógłby zostać choć dwa tygodnie a najlepiej do końca miesiąca, tak do 29, bo 28 jest inwentaryzacja. Z paniką sprawdzała kalendarz, liczyła dni, powtarzając "dzisiaj jest pierwszy kwietnia" chyba ze cztery razy. Josh za każdym razem potwierdzał "Tak, Becky, "dzisiaj jest pierwszy kwietnia", a ona biedna tak się przejęła, że nie załapała. W końcu druga kadrowa podniosła głowę, orientując się w naturze pytania. Becky załapała dopiero po chwili. Sytuacji nie widziałam, ale popłakałam się ze śmiechu kiedy Josh opowiedział przebieg rozmowy. Biedna Becky...
A teraz już chronologicznie, bo dawno nie pisałam.
Ostatnie dwa tygodnie spędziłam w pracy, lub przynajmniej robiąc coś do pracy. Najpierw opracowana technika przestała działać. Później znów zaczęła, ale wciąż mamy kiepska wydajność. Powinnam wykrywać 100 - 1000 razy mniejsze ilości toksyn. Szukam zawzięcie przyczyny, ale jak zawsze zmiennych do sprawdzenia jest w pierniki i ciut ciut. Dziś robię sobie przerwę, może dzięki temu uchwycę coś co mi umyka, a jutro wracam do chemii. Skoro detekcja jest ok, to przyczyna niskiej czułości musi być gdzieś indziej, może na wcześniejszym etapie - w przygotowaniach?
W środę, półtora tygodnia temu Jennie zaczął boleć nadgarstek. Nie bardzo mogła ruszać ręką. Obkładała lodem, usztywniła, ale ból nie przechodził. Zapytałam, czy smarowała jakąś maścią przeciwzapalną (bo z preparatami doustnymi tu krucho, a i generalnie ludzie nie są takimi lekomanami jak w Polsce). Stwierdziła że nie i spytała co kupić. Zaproponowałam, że sama poszukam. Jennie przyjęła moja propozycję dość optymistycznie, poprosiła tylko, żebym nie znęcała się nad farmaceutami. Obiecałam, że postaram się, by nie poczuli się niedouczeni. Po południu poszłam do apteki. Niestety nic nie mogłam znaleźć na półce, więc zapytałam grzecznie o takie specyfiki. Techniczka zaprowadziła mnie do półki, gdzie stały maści. Chciała pomóc, ale podziękowałam, ze teraz już sobie poradzę. Niestety nic znajomego nie rzuciło mi się w oczy, więc zaczęłam sprawdzać składy: mentol, kamfora, dwa powyższe w zestawieniu, kapsaicyna. Czyli zwiększamy ukrwienie przez podrażnienie i rozgrzewamy, albo pobudzamy receptory zimna. Fajnie A czy jest tu coś, cohamuje cyklooksygenazę? leczy? W drugiej aptece w ogóle półki z tego typu specyfikami nie było, więc spytałam przy okienku i... dowiedziałam się, że owszem są w USA w sprzedaży takie rzeczy, że oni wierzą w ich działanie, ale... Są na receptę. Nie śmiałam się. To już nawet nie jest śmieszne. Po prostu mnie zatkało.
Naprawdę nie ogarniam dlaczego. Przecież tego się nie da przedawkować. Poza alergią nie wiem jak coś takiego może komuś zaszkodzić.
Wczoraj Josh poszedł zapytać w Walmarcie o procedurę zakończenia kontraktu. Na pytanie dlaczego, odpowiedział, że niedługo przenosimy się na Alaskę. Kadrowa bardzo się przejęła, spytała czy mógłby zostać choć dwa tygodnie a najlepiej do końca miesiąca, tak do 29, bo 28 jest inwentaryzacja. Z paniką sprawdzała kalendarz, liczyła dni, powtarzając "dzisiaj jest pierwszy kwietnia" chyba ze cztery razy. Josh za każdym razem potwierdzał "Tak, Becky, "dzisiaj jest pierwszy kwietnia", a ona biedna tak się przejęła, że nie załapała. W końcu druga kadrowa podniosła głowę, orientując się w naturze pytania. Becky załapała dopiero po chwili. Sytuacji nie widziałam, ale popłakałam się ze śmiechu kiedy Josh opowiedział przebieg rozmowy. Biedna Becky...
A teraz już chronologicznie, bo dawno nie pisałam.
Ostatnie dwa tygodnie spędziłam w pracy, lub przynajmniej robiąc coś do pracy. Najpierw opracowana technika przestała działać. Później znów zaczęła, ale wciąż mamy kiepska wydajność. Powinnam wykrywać 100 - 1000 razy mniejsze ilości toksyn. Szukam zawzięcie przyczyny, ale jak zawsze zmiennych do sprawdzenia jest w pierniki i ciut ciut. Dziś robię sobie przerwę, może dzięki temu uchwycę coś co mi umyka, a jutro wracam do chemii. Skoro detekcja jest ok, to przyczyna niskiej czułości musi być gdzieś indziej, może na wcześniejszym etapie - w przygotowaniach?
W środę, półtora tygodnia temu Jennie zaczął boleć nadgarstek. Nie bardzo mogła ruszać ręką. Obkładała lodem, usztywniła, ale ból nie przechodził. Zapytałam, czy smarowała jakąś maścią przeciwzapalną (bo z preparatami doustnymi tu krucho, a i generalnie ludzie nie są takimi lekomanami jak w Polsce). Stwierdziła że nie i spytała co kupić. Zaproponowałam, że sama poszukam. Jennie przyjęła moja propozycję dość optymistycznie, poprosiła tylko, żebym nie znęcała się nad farmaceutami. Obiecałam, że postaram się, by nie poczuli się niedouczeni. Po południu poszłam do apteki. Niestety nic nie mogłam znaleźć na półce, więc zapytałam grzecznie o takie specyfiki. Techniczka zaprowadziła mnie do półki, gdzie stały maści. Chciała pomóc, ale podziękowałam, ze teraz już sobie poradzę. Niestety nic znajomego nie rzuciło mi się w oczy, więc zaczęłam sprawdzać składy: mentol, kamfora, dwa powyższe w zestawieniu, kapsaicyna. Czyli zwiększamy ukrwienie przez podrażnienie i rozgrzewamy, albo pobudzamy receptory zimna. Fajnie A czy jest tu coś, co
Naprawdę nie ogarniam dlaczego. Przecież tego się nie da przedawkować. Poza alergią nie wiem jak coś takiego może komuś zaszkodzić.
Następnego dnia na wydziale farmacji znalazłam taki plakat.
W kontekście żelu z lekiem przeciwzapalnym wywołało to u mnie dużą wesołość. Tym razem nie mogłam powstrzymać śmiechu.
Jako, że mój wydział jest bardzo prozwierzęcy - w końcu weterynaria - mamy tu politykę zabierania psa do pracy. Super! W tym roku zapowiada się poważny sezon tornadowy, (Jak się właśnie dowiedziałam, mieliśmy pierwsze tornado tuż obok, niemal na podwórku), więc kiedy jest tornado watch mogłaby siedzieć ze mną w pracy. Tu jest piwnica, więc jest się gdzie schować, a poza tym Korlat w takich sytuacjach mocno się stresuje.
Po to, żeby móc zabierać psa do pracy, czworonóg musi przejść test czy poprawnie się zachowuje i czy nie stanowi zagrożenia dla innych ludzi i zwierząt. Nie ma restrykcji odnośnie rasy czy gabarytów, liczy się jedynie ocena zachowania.
Oczywiście pies może być jedynie w biurze. W naszym, z racji że przypomina call-center, zapytałam o zgodę wszystkich pracujacych. Generalnie sprzeciw był tylko jeden: Przeciwko zamknięciu psa w obrębie naszych sześciu boksów (ludzi z mojego labu) bo inni też chcieliby, żeby pies czasem do nich przyszedł.
Jeszcze zabawniejsze, bo mamy w labie muzułmankę, a oni bywają różnie w temacie nastawieni. O ile ex-sąsiedzi - "terrorysci" - tłumaczyli, że nie ma zakazu trzymania psa choćby i w domu, że niedopuszczalne jest jedynie, by pies nasikał na dywanik do modłów, to niektórzy uważają, że dotknięcie psa, czy dotknięcie ich przez psa jest niedopuszczalne.
Nurul nie ma takich problemów. Jest w końcu weterynarzem i sama przyszła się z Korlat przywitać.
Wyniki testu są tutaj:
Sympatyczna techniczka - Mindy - sprawdziła, czy Korlat pozwala wejść obcemu do pokoju kiedy ja w nim jestem, kiedy mnie nie ma, jak zachowuje się przy innych psach, jak reaguje kiedy idzie na smyczy, kiedy idzie przez tłum ludzi, kiedy ktoś ją głaszcze i czy nie próbuje za wszelką cenę iść za mną kiedy wychodzę z pokoju. Też mi test... Później zapłaciłam $10 za znaczek do obroży, przedstawiłam zaświadczenia o szczepieniach i teraz już możemy chodzić do racy razem.
Po pierwszym wspólnym dniu w biurze razem z Jennie stwierdziłyśmy, że badani powinni być też ludzie, którzy tu pracują. Otóż już tego dnia Korlat padła ofiarą znęcania się. I to z ręki czy raczej rąk mojego szefa. Paul kocha psy i zareagował na jej obecność bardzo pozytywnie.
Tyle, że za pozytywne uznał chwycenie psa za uszy, szarpanie, wydawanie dziwnych dźwięków przypominających warczenie i przysunięcie Korlackiego pyska do swojej twarzy.
Uuups...
Jestem pełna podziwu i do teraz nie wiem jak jej to wynagrodzić, bo mimo, iż całym swoim jestestwem Korlat okazała jak bardzo jej się to nie podoba, to jednak nie zrobiła nic gwałtownego. Wydała z siebie tylko coś pomiędzy warknieciem a piśmięciem. A kiedy już została puszczona, po swojemu "skorygowała" mojego szefa nosem.
Pamiętam, jak kilka lat temu ściśnięcie Korlat za nos przez raczkującego jeszcze, ale nadzwyczaj sinego Marka, wywołało u cioci Danusi stan przedzawałowy. Wtedy Korlat zniosła wszystko cierpliwie - w końcu to dziecko. Ale dla dorosłych osobników nie ma tyle wyrozumiałości, więc tym razem to ja się przestraszyłam.
Jako że pogodę mamy zazwyczaj fajną, w sobotnie popołudnie wybraliśmy się na spacer. Miało być Potawatomi Trail, ale nie mogliśmy znaleźć parkingu. W końcu wylądowaliśmy na czyimś podwórku. Mili autochtoni stwierdzili, że oni o żadnym parku w tej okolicy nie mają pojęcia. Że możejakby dalej pojechać żwirową drogą...
Podziękowaliśmy i zawrócilismy. Jednak nasza toyota na żwirowe drogi się nie nadaje. Wracając znaleźliśmy kamień oznaczający, że tu zaczynał się... Potawatomi Trail. I tyle. Żadnego parku, żadnego szlaku. No tak, jak nie pojedziesz samochodem, to po co komu coś takiego? Ameryka...
Na szczęście tuż obok był inny park. Była rzeka, był wodospad, było z górki i pod górkę. I były kości więc plan udało się zrealizować.
Po drodze dwa niespotykane u nas widoki: Pole golfowe przy samiutkiej drodze (a nawet po obu jej stronach) i przydomowe parkingi dosłownie zastawione samochodami. Coś jak: mamy 4 członków rodziny i każdy ma własne auto, a do tego pickup i coś na zastęĻstwo jakby się któryś samochód zepsuł. Niestety nie zrobiłam zdjęcia - zwyczajnie się zagapiłam.
Kolejne dni mijały szybko. W środę pojechałam do Indy z próbkami na CyTOF. Wyszło! W niezłym humorze wracałam do domu. Ale tylko przez chwilę. Zaraz na pierwszym skrzyżowaniu w Indy mój miniak błysnął wszystkimi możliwymi kontrolkami. Zgasiłam silnik, odczekałam i spróbowałam zapalić znowu. Nic z tego. Dwójka miłych ludzi pomogła mi zepchnąć go na parking.
I już tu zaczęło się wkurzanie mnie. Facet stwierdził, że musiałam nacisnąć sprzęgło zamiast gazu i wygadywać inne podobne bzdury. Wyjaśniłam mu cierpliwie, że nie zrobiłam nic takiego, bo i po co miałabym to robić? A ten na to "a, bo to manual..." Wciąż spokojnym tonem, choć w środku już gotowałam, powiedziałam panu, że ja całe życie jeźdżę na manualu. W końcu się odczepił z genialnymi uwagami.
Niestety każdy facet który się pojawiał przy moim samochodzie traktował mnie tak samo.
- Zapala? - spytał pan od lawety.
- Przed chwilą nie, ale może teraz zaskoczy - odpowiedziałam. Po chwili, kiedy zamiast zakręcić rozrusznikiem samochód błysnął światłami i uchylił okna, wysiadłam mówiąc - Nie, nie zapali.
Oczywiście facet musiał spróbować sam...
W serwisie przyjmujący samochód zrobił dokładnie to samo, po czym stwierdził "Miałaś rację!".
Nie mogłam się powstrzymać i zacytowałam klasyka.
Tak czy inaczej z Indianapolis musiał mnie odebrać Josh.
Samochód został w serwisie mini. Żaden serwis nie podejmie się nawet sprawdzenia co jest z samochodem, musi być dealer mini. (W Polsce to niedorzeczność. Ok, są rzeczy których zrobić się nie da, ale nikt nie spławi człowieka z być może banalną usterką.)
Zamówienie holowania to dobre 20 minut wiszenia na telefonie, ale miło jest najpierw dostać z nagrania pytania czy miałeś wypadek, czy nic ci nie dolega, czy jesteś bezpieczny i czy samochód jest bezpieczny. I to wszystko przed połączeniem z człowiekiem. Na to ostatnie tez nie było trzeba długo czekać.
Ile kosztuje holowanie, nie wiem, kasa poszła z ubezpieczenia. Może będę musiała coś dopłacić, ale może nie.
A teraz jeszcze na chwilę o pogodzie. Po pierwsze, bardzo użyteczne są tu radary pogodowe. W Polsce tez z nich korzystałam, ale tu przydają się o wiele bardziej, bo tu pada dziwnie. Chmury deszczowe zazwyczaj powstają na południu i przesuwają się na północny wschód długim wąskim paskiem, który obejmuje zazwyczaj jedynie część stanu. Ale kiedy dana miejscowośc znajdujesię na trasie chmur, leje cały dzień albo i lepiej. W takich sytuacjach przyjemny spacer wymaga planowania.
A tu znaleziona dziś notatka prasowa odnośnie czwartkowych burz:
According to the NWS, the tornado hit about 3.5 miles southeast of Lafayette at Wabash National Trailers. The tornado destroyed a guard shack and caused a car to roll over. A construction trailer was damaged and nearly rolled over, the NWS said. The tornado touched down around 4:40 p.m. and had an estimated wind speed of 100 mph. There were no injuries associated with the tornado. http://fox59.com/2016/04/01/national-weather-service-ef1-tornado-hit-near-lafayette-during-thursdays-storm/
Dziś jest bezpiecznie. Burza szaleje, ale śnieżna. Sama burza na północy, od granicy Wisconsin i Michigan, z Mishigan schodzi łukiem na południe nad Indianę zahaczając nieznacznie o Lafayette. W Ohio dominuje deszcz, a w Pensylwanii i Nowym Jorku znów śnieg. Ochłodziło się z około 16 do zaledwie 5 stopni C i wieje bardzo silny wiatr. Wyszłam z Korlat na godzinny spacer i moją pierwszą myślą było, że jest całkiem przyjemnie, że przez okno wygląda to gorzej. Ale później zauważyłam grube konary leżące na ziemi i pomyślałam, że jednak dobrze, że nie wybrałyśmy się na spacerową ścieżkę. Ciekawe co będzie w nocy.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz